6 maja odbyła się 5. edycja biegu Wings for Life World Run. Tym razem blisko 100 000 osób w 12 miastach na całym świecie, punktualnie o godzinie 13.00 ruszyło w ucieczkę przed samochodem pościgowym. W tym biegu to nie my podążamy do mety, a meta goni nas. Bieg jest w 100% charytatywny, wszystkie opłaty przeznaczone są na badania nad urazami rdzenia kręgowego. Biegniemy dla tych, którzy nie mogą. Nieważne, czy jesteś w stanie przebiec/przemaszerować/przejechać na wózku 1, 15 czy 50 km. W tej imprezie kilometry stają się symbolem naszej pomocy.

Tyle tytułem krótkiego wstępu. Dla mnie udział w Wings for Life był debiutem i nie ukrywam, że budził sporo emocji. Byłam ciekawa czy “mobilna meta” będzie działała na mnie motywująco, czy wręcz przeciwnie -stwierdzę, że nie chce mi się już dalej biec i po prostu odpuszczę.

Baza i miasteczko zawodów znajdowało się na terenie poznańskich Targów. Bieg z roku na rok rozrasta się i całkiem zrozumiała stała się zmiana miejsca startu z okolic jeziora Malta na Targi. Pakiety gotowe były do odbioru od piątkowego popołudnia do niedzieli. Ja swój odebrałam już w piątek chwilę po 16.00 (otwarcie biura zawodów było o 16.00). Wszystko poszło sprawnie, mimo tego, że na Targach znajdowało się już naprawdę sporo ludzi.

W niedzielę na miejscu startu byłam około 40 minut przed 13:00. Krótkie spotkanie ze znajomymi, toaleta i pognałam do swojej strefy startowej. To są właśnie plusy biegania, kiedy jest ciepło-brak dodatkowej garderoby, którą trzeba gdzieś zostawić.

Mój bieg

W strefie startowej wśród setek ludzi, czuć było naprawdę fajna aurę. Może to tylko moje odczucie, ale atmosfera była luźna, bez jakiejś wielkiej spiny i stresu przedstartowego. Wszyscy zgodnie wykonywaliśmy „polecenia”, które padały ze sceny-skakaliśmy, robiliśmy „falę” i wysyłaliśmy w świat pozdrowienia z Poznania.

Równo o godzinie 13:00 wystartowaliśmy. Jaki miałam plan na bieg? Chciałam przebiec 21km. Aby go zrealizować to musiałam utrzymać tempo 5:20min/km. Nie miałam zamiaru jakoś specjalnie „zajechać się” na trasie, także taka prędkość wydawała się optymalna. Jeśli chodzi o realizację tej taktyki, napiszę krótko. Pierwsze 8km prowadziło prawie cały czas z górki, także zrobiłam sobie mały zapas czasu. Z profilu trasy wynikało, że jak wybiegniemy z Poznania to ukształtowanie terenu nieco się zmieni. Po około 8-9 km miałam wrażenie, że jest cały czas pod górkę, z małymi zbiegami w międzyczasie. Może z dwa razy w głowie pojawiła mi się myśl, aby zwolnić lub pomaszerować sobie i poczekać na auto. Pewnie wynikało to po części z tego, że było dość gorąco, cały czas chciało mi się pić, kilka razy przeszły mnie zimne dreszcze. Na szczęście wróciłam na prostą i dalej walczyłam o te 21 km. Wracając do picia, podczas biegu wypiłam ponad 1 litr wody. Miałam przy sobie butelkę o pojemności 0,33 i na każdym punkcie odżywczym napełniałam ją do pełna (punkty były co około 5km). Straciłam na to pewnie z 3 minuty, bo na każdym z wodopoju robił się dość spory zator. Jednak bez wody to bym za daleko nie pociągnęła. Kiedy zbliżyłam się do 20km zaczęłam zastanawiać się, gdzie jest auto :-). W tłumie było słychać różne głosy, niektórzy mówili, że jest 15 minut za nami, inni zaś, że siedzi nam na ogonie. Biegłam dalej. Mniej więcej na 20,70 km zrobił się spory gwar. Obróciłam się i daleko, daleko w tle było widać naszą metę. To był ten moment, kiedy trzeba było spiąć tyłek i porządnie finiszować. W końcu miałam przebiec 21 km. Rzutem na taśmę udało się, mój oficjalny wynik to 21,04 km, średnie tempo z zegarka 5:20min/km.

Czy warto było pobiec Wingsa?

Oczywiście. Po pierwsze- jest to bieg charytatywny organizowany na wielką skalę. Fajnie uczestniczyć w takiej imprezie, być jej częścią. Po drugie- atmosfera. Jak to w Poznaniu bywa, kibice i tym razem nie zawiedli. Mnóstwo poznaniaków (i nie tylko) postanowiło spędzić to niedzielne południe na kibicowaniu wzdłuż trasy. Największy doping był na terenie samego miasta, ale dalej też można było usłyszeć i spotkać skandujących ludzi. Oczywiście oceniam wszystko z perspektywy 21 km, które przebiegłam. Niestety jest też jedno „ale”. Organizacja powrotu zawodników z trasy na Targi. Na autobus, który miał nas przetransportować na Targi czekaliśmy ponad 1,5 godziny! W pewnym słońcu i bez wody. I przyznam szczerze, że to oczekiwanie wyczerpało mniej o wiele bardziej niż sam bieg. W pewnym momencie na zmianę było mi ciepło i zimno. Atmosfera wśród czekających robiła się coraz cięższa. Minęło nas kilka autobusów wypchanych po brzeg biegaczami. Starałam się zachować zimną krew, ale porządnie wkurzyłam się jak obok przejechały 3 autobusy w których było widać wolne miejsce! I nie zatrzymały się! Podejrzewam, że kierowcy tych autobusów mieli jakiś przykaz „z góry”, że zabierają grupę i nie zatrzymują się po drodze. No ale proszę…W każdym razie po ponad 2 godzinach dojechałam na Targi. Tam czekał na mnie medal, Damian i ciepłe już piwo.

Jak się później okazało mnóstwo biegaczy miało problemy z transportem. Na stronie wydarzenia Wings for Life posypało się sporo negatywnych komentarzy. Organizator szybko jednak zareagował i opublikował oficjalny post z przeprosinami i wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji. Także duży plus, za to, że nie schowali głowy w piasek. Przeprosiny przyjmuję i być może do zobaczenia na trasie w przyszłym roku.

Ps. Bardzo zabawna sytuacja miała miejsce, gdy czekaliśmy na autobus. Pewien Pan przejeżdżał obok nas autem i oburzony krzyczał, że mamy iść biegać do lasu. Ciekawa uwaga w momencie jak znajdowaliśmy się przy drodze między jednym polem, a drugim, około 11 km od granic Poznania :D