Lato przeminęło bezpowrotnie. Ktoś mógłby zapytać czy w Polsce w ogóle mamy z nim do czynienia. Słonecznych dni jak na lekarstwo, temperatury jakieś takie wiosenne. Powietrze już od dłuższego czasu niesie wyczuwalne, jesienne nuty. Na szczęście w tym roku udało nam się choć na tydzień posmakować prawdziwej letniej gorączki – wybraliśmy się na Kretę. Nasze bateryjki słoneczne zostały porządnie naładowane. Udało nam się również solidnie odpocząć od tego, co zazwyczaj wypełnia nam większość czasu – pracy. Myślę tu o pracy zawodowej, ale także pracy nad sobą w formie biegania czy prowadzenia bloga. Pewnie zauważyliście, że ostatnio mniej się tutaj dzieje. Łapiemy wiatr w żagle :)

Na Krecie nie zrobiliśmy ani jednego treningu biegowego (nie licząc kilometra podbiegania w wąwozie Samaria). Zwyczajnie nie mieliśmy już na to sił po całym dniu pełnym wrażeń. A tych mieliśmy całkiem sporo. Dziesiątki odwiedzonych miejsc, spotkanych ludzi, nowych doświadczeń. Kręte, górskie drogi w okolicy masywu Ida. Spieczone słońcem, kamieniste szlaki na których spotkać można było jedynie kozy i owce. Zatłoczone, wąskie uliczki starego miasta w Chani. Spokojne, niemal idylliczne wioski odcięte od świata i problemów, z charakterystyczną białą elewacją. Połączenie monumentalnych grani z krystalicznie czystym błękitem morskich wód. Wszystkie te miejsca zapisywaliśmy w pamięci aparatu, ale przede wszystkim głęboko w naszych głowach. Mamy nadzieję, że staną się dla nas źródłem inspiracji do dalszych działań.

Lądowanie na poznańskiej Ławicy pozbawiło nas wszelkich złudzeń. Kilkanaście stopni na termometrze i deszcz. Lato się skończyło. Nie będzie już okazji trochę się “doopalić”. Mimo wszystko dobrze było wrócić. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Niecałe dwa dni wytchnienia i znowu byliśmy w trasie. Tym razem obraliśmy kurs na Duszniki Zdrój. Zaplanowaliśmy kilka dni w Kotlinie Kłodzkiej wraz z naszymi rodzicami. Chcieliśmy pokazać im chociaż w małej części miejsca, które zazwyczaj odwiedzamy podczas biegów czy wyjazdów. Przy okazji Duszniki to świetna baza wypadowa. Mamy tu sprawdzoną miejscówkę, a pobliskie góry świetnie nadają się na biegowe wycieczki – myślę, że to temat na osobny wpis. Pierwszego pełnego dnia zaliczyliśmy SzczeliniecBłędne Skały. Łącznie wyszło około 15km marszu. Rodzice dali radę i nawet im się podobało :D Kolejny dzień miał być stricte biegowy. Pozostałej części wycieczki dałem wolne, a sam spakowałem plecak i ruszyłem w świat!

Zaplanowałem sobie 39km trasę, wiodąca z Dusznik Zdroju przez schronisko pod Muflonem, torfowiska pod Zieleńcem oraz sam Zieleniec do punktu kulminacyjnego szczytu Velká Deštná położonego za czeską granicą. Jest to najwyższy szczyt gór Orlickich o wysokości 1115m n.p.m.

Asia do ostatnich minut sama nie wiedziała co będzie robić. Czy pobiegnie sama czy ze mną i czy w ogóle pójdzie biegać. Tak to już z nią jest. Ostatecznie wymyśliła, że zrobi około 21km. Zacznie ze mną i wróci wcześniej tą samą drogą (jako, że jej orientacja w terenie jest powiedzmy sobie przeciętna). Ruszyliśmy więc chwilowo razem. Pierwszy kilometr wiódł przez park zdrojowy. Chwilę potem należało skręcić w lewo na żółty szlak wiodący do schroniska pod Muflonem. Pierwsze podejście jest dość solidne, nie ma mowy o biegu. Wspinamy się na paluszkach. Po kilku minutach mijamy schronisko i docieramy do szlaku niebieskiego. Od tego miejsca przez około 3 kilometry trasa łagodnie opada w dół. Szeroka szutrowa droga wiję się lekkimi zakosami. Warunki do biegania wręcz wymarzone. W międzyczasie jednak, zaczęło dość mocno padać. Kilkaset kroków i jestem już całkiem mokry. Zatrzymujemy się, Asia przyodziewa kolejną warstwę. Postanawiamy się rozdzielić. Żeby utrzymać ciepło muszę biec trochę szybciej. Żegnamy się i napieramy dalej.

Mokre ubranie coraz bardziej uprzykrza bieg. Zaczynam rozważać ewentualne skrócenie mojej trasy. W wyższych partiach gór może być jeszcze zimniej, a w takich warunkach łatwo o wychłodzenie. No, ale za wcześnie jeszcze na takie czarnowidztwo. Staram się jeść regularnie, żeby ułatwić organizmowi wytwarzanie ciepła. A oprócz tego biegnie się wspaniale! Pomimo tygodniowej przerwy z moją kondycją nie jest źle, a nogi same niosą. Dodatkowo góry w okolicy Kotliny Kłodzkiej to chyba najlepsze miejsce do biegania. Może nie powalają swoją wysokością, ale mają swój niepowtarzalny urok. Szerokie, łagodne szlaki pozwalają puścić hamulce i płynąć kilkanaście centymetrów ponad nimi.

Zajadam kolejny żel o smaku masła orzechowego i pokonuje łagodny podbieg. Jakiś czas później docieram do skrzyżowania szlaków niebieskiego i zielonego – prowadzącego na torfowiska. Prawdopodobnie właśnie nim powinienem biec. Nie widzę jednak oznaczenia punktu o nazwie Twarde Źródło. Wyciągam więc mapę i na wszelki wypadek sprawdzam temat. Podczas tych kilku minut dobiega do mnie Asia. Podbiega i pyta: “co tak wolno”. No musiała nieźle przecinać, ma kobieta powera. Powiedziała mi, że cały czas biegła. Ja natomiast miałem chwilę w marszu. No dobra jak jest taka cwana, to ja od teraz też nie odpuszczam. Przy okazji kazała mi ubrać wiatrówkę, co było świetnym pomysłem, który prawdopodobnie uratował moją wyprawę. Sam jej nie założyłem, bo przecież “nie jest mi aż tak zimno”. Biegliśmy jeszcze chwilę razem, lecz zegarek pokazał 10km 500km, więc Asia chciała wracać. Na szczęście namówiłem ją jeszcze na wizytę w pobliskiej wieży widokowej. Ponarzekała, ale pobiegła ze mną.

Wspinamy się na drewnianą konstrukcję, podziwiamy widoczki, robimy wspólne selfie i żegnamy się już na dobre. Asia wraca do Dusznik, a ja całkiem w drugą stronę, do Zieleńca. Pogoda popsuła się całkowicie. Ochłodziło się jeszcze bardziej, popaduje co jakiś czas, a do tego zeszła mgła. Natura owiła całą okolicę gęstym mlekiem, ukrywając swoje skarby przed spojrzeniem obcych. Wdrapuję się wąską, błotnistą ścieżką do Zieleńca. Na miejscu widzę same kurorty narciarskie. W okresie zimowym musi tu być pełno ludzi. Jednak w połowie września miejscowość świeci pustkami. Ani to lato ani zima. Mijam jedynie kilku “localsów”. Jedni ładują wywrotkę, drudzy łatają chodnik. Jakaś pani katuje sprzęgło na ostrym podjeździe. Jednym słowem dzień jak codzień w małej górskiej miejscowości. Jedynym elementem wyróżniającym się w tym pejzażu jest nadmiernie opalony, przemoczony gość w krótkich spodenkach i zielonej wiatrówce, z plecakiem z dziwną rurką, którą co jakiś czas wkłada do ust. Oprócz tego wszystko jest w porządku, życie płynie swoim torem. Kolejny przymusowy postój na sprawdzenie mapy. Wszystkich przerw w biegu wyszło około 60 minut. Każda z nich błyskawicznie wysysała ze mnie energię, ciało momentalnie się wychładzało. Musiałem zachować rozsądny balans między używaniem mapy, a bilansem cieplnym. Odnalazłem niebieski szlak i zacząłem wspinaczkę do czeskiej granicy. Pamiętając niedawne szyderstwo mojej kochanej dziewczyny nie pozwoliłem nogom na odpoczynek w marszu. Na podbiegu udało mi się utrzymać tempo poniżej 7:00/km. Idzie całkiem nieźle!

Wdrapałem się na asfaltową drogę biegnąca wzdłuż granicy. Znowu kilka minut z mapą i mam czerwony szlak, który ma mnie zaprowadzić na Wielką Desztne. Podejście jest stosunkowo przyjazne, aczkolwiek odrobinę za twarde. Nawierzchnia przypominająca asfalt z małych kamyczków. Tutaj znowu cały odcinek przebiegam. Wow jest nieźle. To chyba mój najlepszy bieg górski w tym roku. Szkoda, że to tylko trening. Chociaż z drugiej strony, może to i dobrze. Bardzo lubię takie samodzielne eskapady. Ja, plecak i szlak pod stopami. Gęsta mgła tworzy wokół mnie bańkę. Jej sferyczna powłoka to w tej chwili granica mojego mikrokosmosu. Jestem jego jedynym, szczęśliwym mieszkańcem. Poza nim nie ma już nic.

No może prawie nic. Docieram na szczyt. Próbuję zrobić fotkę uwieczniającą mój wyczyn. Mój iPhone odmawia posłuszeństwa. 10 kresek na termometrze wysysa z niego energię dużo łatwiej niż ze mnie. Problemy pierwszego świata. Ale tak łatwo mu nie odpuszczę. Pakuje mu w zęby powerbanka i zmuszam do posłuszeństwa. Sukces. Piszę jeszcze Asi, że jestem w połowie drogi i już wracam. I żeby nie dzwoniła heh. Bo w moim mikrokosmosie nie ma miejsca na połączenia głosowe.

Na zegarku 22km. Według planów ma być 39. Ale jak wiadomo, plany się krzyżują. Nastawiam umysł raczej na 40-42 km. Lepiej pozytywnie się zaskoczyć. Około 4 kilometrów zejścia z Wielkiej Desztny wracam po swoich śladach, biegnąc niby asfaltówką. Jedna kilometrówka wpadła po 4:34 na totalnym luzie. Biegło się całkiem w porządku. Minąłem kilku piechurów, szczelnie owiniętych kapturami grubych kurtek. Dobiegam na Šerlich sedlo (prawdopodobnie po prostu siodło pod Szerlichem), a stamtąd dalej czerwonym szlakiem na Orlicę (po czesku Vrchmezí– szczyt na granicy polsko-czeskiej. Mimo 30km poruszam się wciąż w miarę komfortowo, aczkolwiek zaczyna doskwierać mi kostka lewej nogi, a konkretnie zginacz stopy (czy jakkolwiek się tam nazywa).

Z Orlicy schodzę już po polskiej stronie. Zielony szlak ma mnie zaprowadzić prosto do Dusznik. Kilkanaście metrów po płaskim i zaczyna się ostry zbieg. Plecak zaczyna podskakiwać, ubytek wody dał mu pole do manewru. Zaciskam mocowanie i lecę w dół. Ścieżka miejscami jest wręcz bagnista. W nocy mocno padało i teraz widać efekty. Dzisiaj chyba nic nie jest w stanie zepsuć mi tego biegu. Bawię się nierównościami i płynę w dół jak woda. Jakiś kilometr dalej, zbieg przybiera bardziej kamienistą formę. Miejscami trzeba uważać i troszkę zwolnić. Zielony szlak łączy się z asfaltową drogą i dalej prowadzi w dół. Nie narzekam, po asfalie też lubię biegać. Jeden z kilometrów wpada po 4:15 duża niwelacja wysokości robi swoje. Wkrótce docieram do punktu widokowego pod Zieleńcem. Widoki rzeczywiście warte ochrzczenia tego miejsca punktem widokowym.

Robię kilka fotek, tłumię drugi strajk iPhone’a (zastanawiając się czy nie wyrzucić go w tę piękną przepaść) i lecę dalej. Po 33 kilometrze zbiegam z asfaltówki, jak się później okazało, nieco za wcześnie. Lecę szlakiem rowerowym przypominającym mokradła, ale tylko chwilę. Nie mijam już żadnych oznaczeń, ale jestem na tyle blisko Dusznik, że pozwalam sobie na pewną nonszalancję. Po prostu biegnę, jakikolwiek szlak prowadzący w dół zaprowadzi mnie w końcu do celu. Udało się odhaczyć również kontakt z przyrodą w postaci fauny – minąłem grupkę saren. Wkrótce docieram na Jamrozową Polanę. Stamtąd dalej lokalną asfaltówką w dół, aż trafiam na główną drogą między Dusznikami, a Kudową. Sprawdzam kierunek na kompasie i skręcam w prawo, mniej więcej na północny wschód.

Podczas ostatnich kilometrów mojej tułaczki wyszło słońce, pierwszy raz dzisiaj. Zaczyna przypiekać podejrzanie mocno, jakby szydząc z tytułu tego wpisu. Jeszcze kilka kroków po dusznickim deptaku i jestem u celu. Zmęczony, ale szczęśliwy. W nogach mam 38,5km. I wiecie co? To był mój najlepszy bieg w górach w tym roku. Średnie tempo 6:07 to całkiem niezły wynik na takim dystansie i prawie 1000m przewyższenia. W pewnym sensie był to dla mnie symboliczny bieg. Zakończenie lata i urlopu. Pożegnałem się też z górami w tym roku, ale chyba również na dłuższy czas. Jak długi? To się okażę. Ale na pewno nie na zawsze!