W drodze do Gorce Ultra Trail – dystans 80 km

12 sierpnia 2017 miałam zostać ultrasem. Wcześniejsze starty na dystansach 42+ (Chudy Wawrzyniec, Gorce Ultra Trail edycja 2016, GWiNT Ultra Cross, Tri City Trail) były w moim odczuciu trochę niepełne, sama o sobie mówiłam, że jestem “mini ultrasem”. Dlatego kilka miesięcy temu postanowiłam spróbować swoich sił na dystansie około 80 km. Wraz z Damianem wahaliśmy się miedzy dwoma biegami: Chudym Wawrzyńcem, a Gorcami Ultra Trail. Ostatecznie wybraliśmy ten drugi.

Z jednej strony perspektywa spędzenia na trasie grubo ponad 10 godzin była fascynująca, chciałam na własnej skórze przekonać się co czuje człowiek mając w nogach te 60 czy 70 km. Z drugiej strony było przerażenie – przecież mam być  w górach od świtu do późnego popołudnia. Podczas tylu godzin może wydarzyć się wszystko, góry są zmienne i nikt nie jest w stanie przewidzieć w 100% warunków atmosferycznych. Słońce i upał może przerodzić się w deszcz i burze. Niejednokrotnie mogę być pozostawiona sama sobie, mając wokół siebie tylko dziką przyrodę. No i oczywiście mój organizm: nogi, żołądek, samopoczucie i motywacja też potrafią płatać figle.
Nieważne, trzeba przekonać się na własnej skórze.

W stronę Gorców ruszyliśmy w czwartek rano. Podróż jest dość długa (550 km) i męcząca, dlatego piątek miał być dniem relaksu. Nastroje nam dopisywały, pogoda była piękna, widoki cudne – czego chcieć więcej. Późnym popołudniem odebraliśmy pakiety startowe i uczestniliśmy w odprawie. Jednym z głównych tematów jakie zostały poruszone podczas odprawy, były warunki pogodowe. Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że w sobotę po pierwsze będzie padać, po drugie będą burze. Pogoda jak pogoda, zawsze jakaś jest. Deszcz nigdy nie był dla mnie przeszkodą podczas biegu. W górach podczas długiego biegu mógł być większym problemem, jednak całkowicie do zaakceptowania. Gorzej jeśli chodzi o burze. Co tu dużo mówić, boję się burz, grzmotów i błyskawic będąc w mieszkaniu w Poznaniu. Także możecie sobie wyobrazić moje przerażenie w obliczu perspektywy spotkania burzy w lesie w górach… Można by rzecz “raz się żyję!”.

Po powrocie do pokoju napełniliśmy bukłaki, spakowaliśmy plecaki, uszykowaliśmy ciuchy i po 22.00 byliśmy w łóżku. No właśnie, może kilka słów na temat sprzętu. Od początku mojej górskiej przygody towarzyszy mi plecak, który zakupiłam w Decathlonie za 129zł. Temat plecaków z bukłakiem budzi dosyć spore zainteresowanie. Nie ukrywam, że podczas zakupu kluczową rolę odegrała cena. Zaczynałam biegi długodystansowe i nie miałam pewności czy złapię bakcyla. Nie widziałam zatem sensu, aby wydać kilkaset złotych na plecak. Tak samo było zresztą z butami. Trailowe Kanadie kupiłam w Internecie za niecałe 200zł. Obydwie rzeczy służą mi już ponad 3 lata, trochę już przeżyły i jestem z nich bardzo zadowolona. Więcej na ten temat tutaj.

Start biegu na 40 km oraz 80 km odbywał się o godzinie 4.00. Pobudka przed 3.00 okazała się bezproblemowa. Damian startował o 3.00 i jego budzik dzwonił już o 1.00. Przebudziłam się zatem już dużo wcześniej i dosypiałam na kilka minut. Na śniadanie (jeśli tak można nazwać posiłek o 3.00 w nocy) zjadłam bułkę z dżemem i bananem, wypiłam kawę. W plecaku miałam przygotowany dosyć różnorodny prowiant na bieg: żele, colę w puszce, 2 batony zbożowe, 2 kanapki z serem topionym oraz kilka cukierów-żelków.

Na skróty

O godzinie 4.00 wystartowaliśmy. Teraz powinien nastąpić piękny i wzniosły opis biegu, mojej walki i zwycięstwa na dystansie 80 km. Jednak to nie ta bajka. Wszystkie plany, założenia i przygotowania nagle stały się nieistotne. Stchórzyłam. Wybrałam najprostszą i najkrótszą z dróg. I na tym mogłabym zakończyć opis samego startu. Z perspektywy czasu jestem na siebie zła. Wiem, że fizycznie byłam przygotowana na to wyzwanie. Psychicznie niekoniecznie. No, ale dobra, od początku.

Pierwsze 5 km prowadziło asfaltem, lekko w dół. Można było się rozgrzać, złapać właściwy rytm. Pomimo bardzo wczesnej godziny było dość duszno. Być może były to moje subiektywne odczucia, ale gotowałam się. Poza tym biegło mi się lekko, utrzymywałam tempo w granicach 5:10 min/km. W pewnym momencie wydawało mi się, że kilka kropli deszczu spadło na moje ręce. Jak się później okazało, prognoza pogody nie sprawdziła się. Na trasie nie spotkał mnie ani deszcz ani burza (około 16.00 dopiero zaczęło trochę padać i grzmieć, ale o tej godzinie już dawno byłam na mecie). Po 5 płaskich km rozpoczął się w końcu górski bieg. Blisko 4 km podejście pod Lubań ze wzrostem wysokości około 600 m. Niejednemu z nas oddech znacznie przyspieszył. Sięgnęłam po 1 żel (jadłam je co 30 – 40 min i piłam dużo wody). Wtedy też chyba po raz pierwszy w mojej głowie pojawiła się myśl o tym, aby pobiec krótszą trasę 40 km. Zamiast skupić się na biegu, zaczęłam wielkie rozważania pt. 40 czy 80 km. Głupia ja! Co w tym wszystkim najciekawsze, nie czułam się źle, podejścia pokonywałam żwawym marszem, na zbiegach starałam się rozluźnić i puścić nogi, na płaskim biegłam stosunkowo szybko, kontrolując w międzyczasie tętno.

Moja rozmyślania trwały do około 13 km. Po wdrapaniu się  wieżę widokową w Lubaniu, czekało nas strome i kamieniste zejście. To właśnie tam podjęłam ostateczną decyzję: to nie jest ten dzień. Pobiegnę krótszy dystans, dam z siebie wszystko i powalczę o jak najlepszy czas. Będzie to jednak tylko 40 km… I w tym momencie poczułam, że kamień spadł mi z serca. W końcu mogłam skupić się na biegu i nie błądzić myślami nie wiadomo gdzie. Domyślałam się, że po biegu będę żałowała tej decyzji, ale jakoś nie mogłam znaleźć motywacji, która pozwoliłaby mi wybrać inną, bardziej wymagającą drogę.

Kolejne kilometry mijały jak szalone. Wstąpiła we mnie podwójna energia, sukcesywnie wyprzedzałam kolejne grupki biegaczy. Na punkt odżywczy wpadłam dosłownie na chwilę, dolałam wody do bukłaka, chwyciłam kawałek arbuza i w drogę. Międzyczasy mówią, że od 25 km do mety wyprzedziłam 20 osób. Fajnie. Bieg był udany, nie dopadł mnie żaden kryzys energetyczny, do mety leciałam jak na skrzydłach, miałam mocny finisz. Na mecie byłam 5 kobietą na 59 startujących ( czas 5:17 ). I tyle. Wolałabym być ostatnia, ale na 80 km. Niestety przez własne ograniczenia i obawy nie spełniłam jednego z moich biegowych marzeń. Wiem, że świat się nie kończy i jeszcze będę miała szansę zmierzyć się z tymi 80 km. Gorce jednak pokazały mi jak strach może zdominować nasze decyzje. Nie wiadomo co by się stało, gdybym pobiegła dłuższy dystans. Może z jakiś powodów nie dotarłabym na metę, ale miałabym czyste sumienie, że podjęłam rękawice. Tymczasem wybrałam, to co znane i pewne, wolałam pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. A czasem wyjście z tej “skorupy” daje możliwość przeżycia i doświadczenia czegoś pięknego.

Może ta sytuacja pozwoli mi sięgnąć nieco wyżej? Tego życzę sobie i Wam. Oby nie brakowało Wam determinacji i wiary we własne siły! W bieganiu, w życiu, zawsze!

ps. dziękujemy Dorocie za super zdjęcia oraz UltraLovers za fajne ujęcie na odprawie ;)