Pierwszy raz byłem oficjalnym pacemakerem. Półmaraton Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim to kultowa impreza. Świetna oprawa, wzorowa organizacja i tłumy kibiców na trasie, co roku przyciągają rzesze biegaczy. Tegoroczną edycję ukończyło ponad 2,5 tysiąca zawodników. Wobec tak wysoko postawionej poprzeczki, byłem nieco zestresowany. Miałem prowadzić grupę na 2:00. To taka magiczna bariera w półmaratonie. Wielu debiutantów stawia sobie jej złamanie za cel. Wynik z “jedynką” z przodu wygląda dużo lepiej, niż z “dwójką”. Fizycznie byłem doskonale przygotowany. Średnie tempo 5:41 to dużo wolniej niż biegam swobodne rozbiegania. Jednak dobiegnięcie do mety w DOKŁADNIE określonym czasie, nie jest już takie proste. Jeśli spóźnię się choćby o kilka sekund, to już dupa – ludzie nie złamią dwóch godzin. Jak pobiegnę za szybko, też nie dobrze. Część biegaczy może nie wytrzymać takiego tempa. Dodatkowo wypadałoby biec najrówniej jak się da. Szarpanie tempa nikomu nie pomoże, to nie czas i miejsce na interwały. Jeśli źle obliczyłbym prędkość biegnąc sam, na ostatnich kilometrach zawsze mógłbym pobiec “w trupa” i ją skorygować. Tutaj tak nie mogę. Przed biegiem ustaliliśmy wspólnie z Mateuszem i Krzyśkiem (pozostałymi zającami w mojej grupie), że będę główną osobą odpowiedzialną za trzymanie tempa. Krzysiek miał krzyczeć na ociągających się zawodników, a Mateusz dodatkowo kontrolował czas i pomagał mi przy nawadnianiu. Zapowiadała się iście zegarmistrzowska robota…

Beata:

Zaczynamy wolno, takie moje pierwsze odczucie, ale nie wyrywam się do przodu. Zazwyczaj pacemakerzy na 2 godziny dobiegali do mnie w okolicach 8-10 km. Bo początek był 5.20, a później wpadało 6:00.
5 kilometr jeszcze ok, 8 km zaczyna się robić ciężko.

Dzień przed biegiem zgadaliśmy się z Beatą na Facebooku. Asia wrzuciła wpis, że będziemy tam zającować. Beata napisała, że biegnie na 2:00 i prosiła żeby jej nie zgubić. Jasna sprawa :) Przed startem udało nam się odnaleźć i zamienić kilka słów. Wiedziałem, że mam ważną misję do wykonania. Muszę ją dowieźć w zakładanym czasie!

Warunki tego dnia były dość ciężkie. Nie było wprawdzie upału, ale skwar był odczuwalny i dawał się we znaki. Początek pobiegliśmy dość leniwie. Przepychaliśmy się trochę między grupkami biegaczy. Musiałem też znaleźć swoje tempo, wyczuć to 5:41. Nie było to łatwe. Nie polegałem na wskazaniach GPS’a, ale na tabliczkach z numerami kilometrów. Kiedy minąłem ich jakieś 5-6 stwierdziłem, że powinienem biec 5:37 zgodnie z GPS’em, żeby realnie wyszło 5:41. Takiego też tempo starałem się trzymać w późniejszym etapie.

B:

Mam lekką kolkę, ale biegnę dalej. Po każdym punkcie z wodą muszę doganiać Damiana, na szczęście zawsze się udaje. Czasami ścinam zakręty biegnąc po chodniku, ale zawsze wracam do swojej loży vipowskiej – metr za plecami Damiana.

Co jakiś czas oglądam się za siebie. Sprawdzam czy Krzysiek nie “zagalopował się” za bardzo do tyłu. Dodatkowo rzucam okiem na moją podopieczną. Czasem pytam czy wszystko ok, czasem po prostu się uśmiecham. Nie jestem raczej typem osoby, która non-stop bombarduje innych frazami “dawaj, dawaj”, “jedziesz!” czy “dasz radę”. Wiem, że ludzie są różni i nie wszystkim to pomaga. Niektórych może irytować. Beata biegła z muzyką, postanowiłem więc nie zagadywać jej zbyt często. Dodatkowo w walce o wynik artykulacja to niepotrzebny wysiłek.

B:

Damian zaprasza wszystkich, aby przyłączyli się do naszej grupy. Czasem więc w loży robi się ciasno. Większość niestety odpada, zostają w tyle.

Biegacze wokół mnie dość szybko się zmieniają. Oprócz Beaty nie pamiętam chyba ani jednej osoby, która biegłaby z nami od początku do końca. Z tego powodu dość ciężko nawiązać kontakt z grupą. Powinniśmy być jak sprawny i zgrany oddział husarii, który bezlitośnie przebija się przez kolejne szeregi wrogiej piechoty. Jesteśmy jednak bardziej grupą zwiadowców, która po skończonej bitwie zbiera niedobitki. Aura zniszczyła zawodników. Cieszę się, że dziś nie muszę walczyć o własny wynik – byłoby to cholernie ciężkie. Co jakiś czas doganiamy grupy biegaczy. Pewnie część z nich walczyła o dużo lepszy wynik. Zaczęli szybko, ale nie wkalkulowali w to równanie warunków, a być może swojej aktualnej dyspozycji. Wynik jest taki, że już do samej mety będą się straszliwie męczyć – bez żadnej nadziei na dobry rezultat. Wiem jak to potrafi boleć – ostatnio dostałem taką lekcję na Półmaratonie Warszawskim. Zachęcam ich do dołączenia do naszej grupy, ale nie naciskam.

B:

Kolejny punkt z wodą i znowu gonię moją flagę. Motywuję się, że jak nie wrócę na swoje miejsce, to odpuszczę i będę się wlekła 6:30 do mety w samotności. Z całej 21 km trasy mało co pamiętam, a szkoda. Widziałam tylko kurtyny wodne, z których korzystałam zawsze. Na 15 km Damian dał komendę, że wszyscy obowiązkowo pod wodę. No to ja dosłownie to potraktowałam. Wpadłam chyba w największą kałużę, jaka była. Uzbierałam po 1 kg wody w każdym bucie. No nic, biegnę dalej.

Przy każdym punkcie z wodą do picia i polewania daje znać wszystkim wokół mnie, namawiam do korzystania. W takich warunkach schładzanie organizmu jest arcyważne, nawet ważniejsze niż samo picie. Zazwyczaj główną przeszkodą w utrzymaniu zakładanego tempa jest właśnie przegrzanie, a nie pragnienie. Polanie dużej części ciała wodą, a dodatkowo zmoczenie nakrycia głowy, potrafi dać kopa na 1-2 km. Więc tułamy się od punktu do punktu, niczym nomadzi w poszukiwaniu studni.

Jakieś 5-6 km przed metą pytam Beatę, jaką ma życiówkę. Odpowiada, że 1:58. Mówię, że spokojnie jest dzisiaj w stanie ją złamać. Kiwa tylko przecząco głową, mówiąc, że nigdzie się stąd nie rusza. Jakiś kilometr później, znowu zachęcam ją, żeby ruszyła sama do przodu, ale nic z tego. Twardo trzyma się swojego miejsca. Jakiś czas później proponuję, żeby biegła razem z nami, ale metr przede mną. Wciąż nie :) Nie udało mi się nic wynegocjować, jest uparta i konsekwentna jak telemarketerzy z mBanku.

Zbliżamy się do strefy mety. Na ulicach masa kibiców, staram się ich oklaskiwać, głos straciłem już jakiś czas temu. Doping niesie, czasem ciężko mi utrzymać założone tempo, nogi wyrywają się do przodu. Staramy się motywować napotkanych biegaczy do podjęcia ostatecznego wysiłku i utrzymania biegu do końca. Kilka razy udało nam się pociągnąć idące osoby, co bardzo cieszy. Mam drobne wątpliwości czy zmieścimy się w czasie, więc przyspieszamy nieco na ostatnich 500 metrach. Widać metę – wbiegam z czasem 1:59:56, Beata zrobiła 1:59:58. Udało się!

B:

Nie zawsze jestem usatysfakcjonowana swoimi wynikami, ale z Grodziska jestem bardzo zadowolona. Dałam  z siebie “maksa”, a rzadko sama jestem w stanie zmusić się, żeby wyjść ze strefy komfortu. Gdzieś tam w głębi słyszę głos mówiący, że za chwilę skończą mi się siły. Chwilę potem odpuszczam. Tym razem biegła głowa, którą dobrze zaprogramowałam. Podsumowując, nie mam zakwasów po półmaratonie. Był to mój 5 start, wcześniej zawsze przez 3 dni były mega zakwasy. Może to zasługa równego tempa? Jestem zadowolona i szczęśliwa. Koleżanki, które miały zawsze podobne wyniki do moich przybiegły w czasie 2:10. Sprawdziłam statystyki i okazało się, że wyprzedziłam równo 100 kobiet na trasie. Zawsze to mnie masowo wyprzedzali!

Jeśli jeszcze kiedykolwiek będziecie pacemakerami dajcie znać. Przyłączę się, pod warunkiem, że będzie to na 2:00 lub więcej. Beata

Stopuje zegarek. Nie znam swojego oficjalnego wyniku, ale wiem na 99%, że się udało. Speaker pyta mnie z jakim czasem dobiegłem. Było około 1:59:50, takie liczby przekazuje zatem do publicznej wiadomości. Gratuluje naszej ekipie dobrze wykonanej pracy. W strefie finishera odnajduję Beatę. Gratuluję jej dobrego startu i pytam jak się czuje. Trudno jej ukryć radość, dziękuje mi za cały bieg. Mówi, że beze mnie by się nie udało. Jestem z niej dumny, wykonała cholernie dobrą robotę. Na trasie widziałem, że nie było jej łatwo. Pewnie każdy kilometr powyżej 10, był walką z samą sobą, ze swoimi słabościami i wątpliwościami. Nie poddała się jednak, wczepiła się w moje plecy jak kleszcz. Moja drobna pomoc i jej ogromna determinacja, pozwoliły nam odnieść wspólny sukces.

Beata – teraz widzisz ile jesteś w stanie osiągnąć, przy odpowiednim nastawieniu. 2 godziny masz już złamane. Kolejne cele przed Tobą. Wierzę, że jesteś w stanie je osiągnąć!

To była wspaniała przygoda. Na pewno jeszcze kiedyś jeszcze zostanę pacemakerem. Bo jeśli pomagasz choć jednej osobie, to warto!

 

fotki: HERNIK Team, Krzysztof Górecki