Do Stęszewa jechałem bez wielkich oczekiwań. Dwa spalone starty w tym roku nie napawały optymizmem. Jednak gdzieś pod skórą czułem, że forma systematycznie rośnie. Po prostu nie dane było mi trafić w swój dzień. Na Stęszęwskim Biegu Przełajowym byliśmy również w zeszłym roku. Kameralna atmosfera biegu i ciekawa trailowa trasa zachęciły nas do ponownych odwiedzin. Dzisiaj od samego rana aura nie była zbyt urokliwa. Dość zimno, a do tego co jakiś czas padało. Ucieszyłem się w duchu. Jeśli mam w końcu przełamać złą passę, to ten dzień będzie idealny. Pogoda na szybkie bieganie. Wprawdzie mocne opady deszczu zamieniły spore fragmenty trasy w bagno, ale mi to odpowiada. Lubię takie warunki, a w końcu to bieg trailowy.

I ruszyliśmy! Start z plaży, drobne problemy z przyczepnością, ale moje trailowe butki ratują sprawę. Sporo biegaczy miało buty z płaską podeszwą. Dzisiaj taki wybór mógł sporo kosztować. Szybkim krokiem przyczepiłem się do czołówki. Nie chciałem zostać zablokowany na pierwszych zakrętach przez biegnący tłum. Po kilkuset metrach wbiegliśmy do lasu i poluzowałem tempo. Peleton prowadził Michał. Wiedziałem, że biegnie po zwycięstwo. Wiedziałem również, że to  zdecydowanie nie moja półka i głupotą byłoby teraz się spalić. Nie taki miałem plan. Zegarek wypikał 1 kilometr – tempo 4:15. Bardzo dobrze. Przed biegiem zaplanowałem sobie, że zacznę dużo wolniej niż zwykle. Jeśli okaże się, że mam super dzień, zawsze zdążę nadrobić. Jeśli nie, przynajmniej utrzymam w miarę rozsądne tempo.

Około 4 kilometra, na długiej prostej zorientowałem się, że przede mną jest tylko 3 zawodników. Michał z pewnością poza zasięgiem. Ale 2 i 3 miejsce? To byłoby interesujące. Trochę się już rozgrzałem, trzymałem tempo około 4:00 na km, które wtedy wydawało się w miarę komfortowe. Zauważyłem, że błoto i kałuże, działają na moją korzyść. Wszędzie tam gdzie się znajdowały, zyskiwałem kilka sekund. Na około 5 km dopadłem do 3 zawodnika. Słyszałem, że dość ciężko oddycha, z krótkiej rozmowy dowiedziałem się, że za szybko zaczął i dopadła go kolka. Wyprzedziłem go, ale ten nie dawał za wygraną. Cały czas trzymał się za moimi plecami. Próbowałem zmieniać rytm biegu, przyspieszać, zwalniać, biec raz lewą raz prawą, a czasem prosto przez kałuże. Chciałem go zgubić, ale skubaniec trzymał się jak kleszcz. Na ten moment dałem za wygraną, wiedziałem, że ewentualna walka rozegra się pod koniec.

8 kilometr był strasznie bagnisty. Rozmoknięta glina kleiła się do butów, tempo spadło. Do tego trochę pod górkę. To nic. Wiedziałem, że za chwilę jest długi zbieg. Puściłem nogi, zacząłem lecieć poniżej 3:30/km. Zbieganie to najlepsza rzecz w życiu he he (no prawie). Chwilę potem kolejny podbieg. Oszczędzam siły. Mój przeciwnik wciąż przyklejony do moich pleców. Niby ma kolkę, ale kto go tam wie, ile sił zachował. Będziemy walczyć o podium. Drugie miejsce jest poza moim zasięgiem. Cały czas myślę jak to rozegrać. Czy czekać do samej końcówki i sprintem ostatecznym zakończyć te zmagania? Czy zacząć wcześniej i sprawić, że rywal nie będzie miał już ochoty na walkę? Poczułem delikatny nacisk z tyłu. Kolega powoli wyrywał się do przodu, do mety niecały kilometr. Ja nie odpuszczałem, wciąż trzymałem swoją pozycję. Zachowałem status quo jeszcze z dwieście metrów.

Według moich obliczeń zostało jeszcze jakieś pół kilometra. Zrobię to teraz! Dostrzegłem długą i szeroką kałużę rozlaną po całej ścieżce. Idealne miejsce na zasadzkę he he. Wleciałem w środek i podkręciłem tempo. Wybiegłem z lasu, jeszcze kilkadziesiąt metrów po asfalcie i widzę metę. Wyciskam z siebie tyle ile się da, końcowy zbieg daje dodatkowy rozpęd i ląduję na mecie. Udało się! Kończę z czasem 40:22. Mam 3 miejsce na 224! Taktyka mojej ofensywy daje mi 16 sekund przewagi nad 4 zawodnikiem. Do 2 miejsca mam stratę 40 sekund. Michał wygrywa zawody z czasem poniżej 37 minut, wow! Czapki z głów! Jestem cały brudny, ale z pewnością szczęśliwy. To był dobry dzień na bieganie!