Dzisiejsza dwudziestka w planie treningowym oznaczona była jako “E”. Ale muszę Wam powiedzieć, że nie była aż taka łatwa. Nie była ani trochę łatwa.

Weszła tak dobrze jak No-Spa rozpuszczona na języku (nie polecam próbować 🙂 ) albo czerstwy chleb. Oblodzone leśne ścieżki nie ułatwiały zadania. Nogi uciekały do tyłu, energia szła w gwizdek. Staram się jednak nie narzekać na warunki, zacisnąłem więc zęby i leciałem. Prędkość nie była aż tak ważna, miałem za to trzymać tętno w granicach 160-164. Zabrałem tylko jeden żel i szybko zapłaciłem za swoją lekkomyślność. Pod koniec leciałem już tylko na oparach i sile woli. Ta ostatnia okazała się jednak decydująca w tych zmaganiach. Mimo przeciwności losu wyszedł całkiem fajny trening, jestem zadowolony! Bez odbioru!