Koniec roku to dobry moment na podsumowania – tak kiedyś gdzieś słyszałam. Postanowiłam zatem krótko przeanalizować mijające 12 miesięcy. Nie chciałabym popadać w przesadny patos i zanudzać Was opisami i relacjami z biegów. Może raczej skupić się na faktach, krótko przeanalizować to, co było i skoncentrować się na nowych planach i wyzwaniach. W 2016 roku nie wygrałam maratonu w Poznaniu, Berlinie czy Londynie, ale swoje małe sukcesy odniosłam. Oczywiście, że mogłam więcej, mocniej i szybciej. Zawsze można, ale po co? Staram się każdym razem dawać z siebie 100%, ale czasem przychodzi taki moment, że trzeba odpuścić i wyluzować. Bieganie to pasja, a nie kara. Jestem zwolennikiem stawiania sobie celów i wyzwań. Układania i realizowania planów, które mają nas doprowadzić do osiągnięcia sukcesu. Początek Nowego Roku może być bodźcem do głębszych przemyśleń i postanowień. Atmosfera świąteczno-noworoczna wyzwala w nas chęć dokonania zmian (na lepsze) w różnych sferach życia. Nie dajmy się jednak zwariować. Każdy dzień może stać się właśnie “tym dniem”, wszystko siedzi w naszej głowie. Wydarta kartka z kalendarza to tylko pusty symbol, któremu w każdej chwili możemy nadać znaczenie. Ale nie o tym miało być 🙂 Miało być o bieganiu.

Co ja biegam?

W 2016 roku biegania było sporo, spoglądam na statystyki i Endomondo mówi , że wybiegałam największą ilość km! Haha pewnie dlatego, że rok 2016 miał 366 dni. Bardzo mnie cieszy, że wróciłam do regularnych treningów uzupełniających: siłownia (body pump), spinning i rower. W bieganiu istotne jest wzmacnianie mięśni całego ciała i warto choćby raz w tygodniu chwycić sztangę lub hantle. Dzięki temu m.in skończyły się moje problemy z bólem pleców podczas długich biegów. Starty w zawodach-było kilka kluczowych i ważnych biegów, a pomiędzy nimi mniejsze, sprawdzające formę np. Parkruny, City Trail, 10km w Bogdańcu, Chyża Dziesiątka w Nowym Tomyślu, Dycha Drzymały w Rakoniewicach i Piątka Puszczyka. Mój biegowy rok mogę podzielić na 4 części. I nie będę tu może zbytnio kreatywna, bo podział ten związany jest z następującymi po sobie porami roku.

Bieganie 1963km (184 h 08 min)

Rower 752km (plus kilkadziesiąt treningów niezarejestrowanych np. dojazd do pracy, na siłownię, do sklepu)

Ćwiczenia siłowe, spinning 82 h

Sezon wiosenny: styczeń-maj

9. Poznań Półmaraton. To był cel numer jeden. Solidnie przepracowałam zimę, aby po raz kolejny zmierzyć się z dystansem 21km i w końcu przełamać złą passę. Chciałam poprawić czas pierwszego półmaratonu, który przebiegłam w 2012 roku tj. 01:47:01. Poprzeczka niby nie została zbyt wysoko postawiona, a jednak od przeszło 3 lat bezskutecznie walczyłam o urwanie choćby 1 sekundy ówczesnej życiówki. Przed półmaratonem startowałam w dwóch innych biegach: 13 lutego na dystansie 15km w Trzemesznie podczas biegu Trzech Jezior (trail) oraz 19 marca na dystansie 10km podczas Maniackiej Dziesiątki. Osiągnięte rezultaty dały mi nadzieję na fajny wynik podczas kwietniowego półmaratonu. Taki kop motywacyjny był mi wtedy potrzebny. Nie osiadłam na laurach, trenowałam dalej, by 17 kwietnia wbiec na metę z czasem 01:43:47. Udało się! Na deser dołożyłam sobie góry. 28 maja podczas Chojnik Maraton przebiegłam dystans 28km. Bieg ten kojarzy mi się przede wszystkim z wielką ulewą. Biegłam co sił w nogach, przemoczona, trochę zmarznięta. Dałam radę. Niestety mój Garmin nie, został zalany na śmierć.

Lato: czerwiec-sierpień

W sierpniu miałam znów zawitać w góry i wystartować na dystansie 43km podczas Gorce Ultra Trail. Czerwiec i lipiec były zatem miesiącami przysłowiowego “klepania kilometrów”. Starałam się biegać głównie po lasach, asfalt wybierałam, kiedy naszła mnie chęć na szybszy trening. Tym samym w lipcu zrobiłam rekordowe 255km. Na Gorcach była moc! 43 km pokonałam w średnim tempie 8:20min/km. Wspominałam już Wam, że lubię biegać w górach? 🙂

Sezon jesienny: wrzesień-październik

Jesień była trochę nijaka. Biegałam oczywiście, ale jakoś bez specjalnej motywacji. Coraz częściej moje treningi były robione “na siłę”. Byłam może już nieco zmęczona. W połowie października startowałam jeszcze w półmaratonie w Szamotułach oraz 11 listopada w Obornikach (10km). Mimo mało rzetelnych treningów udało mi się osiągnąć dobre wyniki. W Szamotułach dosłownie 5 sekund dzieliło mnie od życiówki. Jednak specjalnie nie zmartwił mnie ten fakt, najważniejsze było to, co miało wydarzyć się po 11 listopada.

Listopadowe lenistwo

11 listopada tradycyjnie już brałam udział w biegach z okazji odzyskania niepodległości. Po czym, bez jakichkolwiek skrupułów, buty biegowe schowałam do szafy. Roztrenowanie! 19 dniowy detoks. Może nie było do końca leniwie, bo na siłowni byłam stałym bywalcem, ale od biegowych tematów udało się skutecznie odpocząć.

Epilog: grudniowe budowanie formy

Grudzień to miesiąc powrotu do regularnych treningów biegowych tj. 4 jednostki w tygodniu plus ćwiczenia siłowe. Czas wyznaczyć sobie nowe cele biegowe na 2017 rok. Na wiosnę będzie asfalt: szybka (mam nadzieję!) dziesiątka (Maniacka Dziesiątka) oraz półmaraton (pewnie Warszawski). Potem zwolnię, by móc pobiec trochę dalej… W mojej głowie cały czas siedzi ultra i latem na pewno wracam w góry. Trzymajcie kciuki!

Do zobaczenia w 2017 w kategorii K30 (aaa!) 🙂