Ludzie są niesamowici. Nasz gatunek do perfekcji opanował sztukę adaptacji do trudnych warunków.

Bezkresne połacie zmarzniętej na kość ziemi, tropikalne lasy, nieprzebyte pustynie, trawiaste sawanny czy wreszcie wysokie góry. Wszędzie tam ludzie muszą zmagać się nie tylko z własnymi słabościami, ale także z kaprysami matki natury. Czasem przeżycie kolejnego dnia nie jest prawem, lecz przywilejem, o który trzeba walczyć.

Pieszy rajd na orientację Szago XII, nocna trasa “ekstremalna” 50 km

Biegnę. Przemieszczam się. Kolejne fragmenty lasu na krótką chwilę wynurzają się z ciemności, by już kilka kroków później odpłynąć w niebyt. Następny krok, następna przecinka. Wątłe światło czołówki tworzy niewielką bańkę. Moja strefa bezpieczeństwa. Moja świetlista zbroja. W tej chwili tylko ona dla mnie istnieje. Znajduje się w centrum własnego wszechświata, generowanego energią z 3 paluszków AA. Kolejny kilometr, kolejny punkt. Światło i ruch. Dwie rzeczy, które dają poczucie bezpieczeństwa. Nie zatrzymywać się i wyrzucać z głowy wszystko, co nie mieści się w mojej bańce. Jestem w centrum wydarzeń, ale czuję się tylko widzem. Oglądam zmagania głównego bohatera z wygodnego fotela. Bo przecież to nie może być prawdziwe. Psychika weszła w tryb autopilota. Wyłączyć emocje, które nie służą osiągnięciu celu. Po prostu przetrwać. Ignorancja bywa pomocna w życiu.

Jakąś godzinę od startu zaczęło kropić. Nie przejęliśmy się tym zbytnio. Byliśmy skoncentrowani na zadaniu, szło nam dobrze. Pierwsze 3 punkty znaleźliśmy bez problemu. Dzięki temu mogliśmy poruszać się na tyle żwawo, aby utrzymać ciepło. Deszcz nasilił się, z lekkiej mżawki przeszedł w regularne opady. Z każdą minutą robiło się coraz zimniej. Z 4 punktem mieliśmy drobne problemy, pierwszy atak nie wyszedł, wróciliśmy na drogę i spróbowaliśmy drugi raz. Tym razem się udało. Nic nadzwyczajnego w biegach na orientację. Jednak nawet tak krótka przerwa w biegu, spowodowała błyskawiczne wyziębienie. Dzwoniąc zębami włożyliśmy na siebie jeszcze jedną warstwę, tak jakby to mogło cokolwiek zmienić. Ruszyliśmy do puntu nr 5.

Napieramy już kilka godzin. Na zegarku grubo po 22. Rzadko bywam w lasach o tej porze. Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Biegnąc za Adamem zauważam, że cała jego sylwetka intensywnie paruje, jakby był czajnikiem pełnym gotującej się wody. Wraz z parą ucieka z nas ciepło, energia i wszelka nadzieja na ukończenie tych zawodów. Staramy się jednak robić dobrą minę do złej gry. Nikt tego głośno nie mówi, ale obydwaj wiemy, że niedługo trzeba będzie zakończyć tę zabawę. Udaje nam się trafić do punktu nr 5. Tyle dobrego. Nie mogę już zaciskać dłoni w pięść. Palce odmawiają posłuszeństwa. Zaczynam tracić czucie, zaczynając od paznokci. Planowanie drogi staje się trudniejsze. Myśli płyną jak woda w zamarzniętej rzece. Na rezultaty nie trzeba długo czekać. Zgubiliśmy się, totalnie nie wiemy gdzie jesteśmy. “Kończymy to?”. Nie trzeba nikogo przekonywać. To przestało być zabawne już dawno temu. Nawigacja w telefonie pokazuje nam kierunek do najbliżej drogi asfaltowej. Co byśmy bez niego zrobili? Na pewno byłoby cholernie ciężko.

Dużo się mówi o pokonywaniu własnych słabości. “Nie poddawaj się”, “Dasz radę”, “Walcz do końca”. Często zapominamy jednak o realistycznym spojrzeniu na nasze wysiłki. Zdarzają się przecież przeszkody, które faktycznie przerastają nas w danym momencie. Co wtedy? Czy w takich sytuacjach dążenie do celu za wszelką cenę jest dowodem determinacji czy głupoty? Wracając samochodem do Poznania stwierdziliśmy, że ukończenie tego biegu nie było dziś w naszym zasięgu. Nie mogliśmy nic zrobić z bezlitosnym zimnem. Dalsze próby mogły skończyć się dla nas uszczerbkiem na zdrowiu.

Mimo iż były to pierwsze zawody, których nie ukończyłem, nie żałuję naszej decyzji. Bo przecież często sama podróż jest bardziej wartościowa niż jej cel. A podróż była niesamowita.

Strona rajdu Szago