Kilka minut do startu. Poranne słońce powoli zaczyna manifestować swoją obecność. Da się wyczuć zdenerwowanie. Atmosfera zagęszcza się niczym tężejący budyń.

Na wydeptanej trawie niewielka grupka zawodników wyczekuje sygnału startowego. Czterech śmiałków – Piotr, Paweł, Piotr i Damian. Jeden z nich odgrywa ostatni akt sztuki o nazwie “Rozgrzewka”, wymachując nerwowo rękami. Bardziej przypomina to jednak rytualny taniec, mający przynieść pomyślność w nadchodzącej bitwie. Kolejny lekko podskakuje niby to dogrzewając mięśnie, a tak naprawdę starając się odepchnąć od siebie wątpliwości. Obserwacja otoczenia też nie napawa ich optymizmem. Spora część uczestników z powodzeniem sprawdziła by się w roli rzymskich gladiatorów. W porównaniu z nimi, nasza grupka przypomina raczej wygłodzonych wioślarzy z kartagińskiej galery. Pozorna wesołość i krążące wokół żarty, to jedynie maska pod którą kryją się prawdziwe emocje. Przede wszystkim niepewność…

Jedna drużyna, jeden bieg, 10 kilometrów i 50 przeszkód. Pierwsza z nich piętrzyła się dumnie, niczym łańcuch górski jakieś dwadzieścia metrów od nich. Barykada utworzona ze stogów siana. Z racji swojej wysokości, nie pozwalała się lekceważyć. Chwilę wcześniej mieli okazję obserwować, jak jest zdobywana przez poprzednie fale zawodników. Wspinaczki nie ułatwiała woda lejąca się z węży strażackich. Już za chwilę sami przekonają się na co ich stać. Bo przecież po to tutaj przyjechali. Żeby stanąć razem na ubitej ziemi, żeby zmierzyć się ze swoimi słabościami, żeby nagiąć się pod obciążeniem, ale się nie złamać. Żeby przesunąć granicę…

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego


Ruszyli. Ich drużyna może nie jest faworytem tych zmagań, ale swoją determinację zamierzają przekuć w sukces. Nie wiedzieli co ich czeka za rogiem, zatem szczelnie opatuleni płaszczem nieświadomości przypuścili zaciekły szturm na pierwszą przeszkodę. Niektórzy sami próbowali swoich sił, inni od razu postawili na pracę zespołową. Każda skuteczna metoda jest przecież właściwa. Ci, którzy jako pierwsi znaleźli się na górze, spieszyli z pomocą reszcie drużyny. “Nigdy nie zostawiamy swoich” . Dewiza JW Formoza miała tego dnia wybrzmieć w głowach i na ustach naszych uczestników jeszcze nie raz. Razem rozbili w pył pierwszą barierę, a na jej zgliszczach powoli zaczęła kiełkować wiara we własne możliwości oraz wzajemne zaufanie. Może nie będzie tak źle, pomyślał jeden z nich. Ostatecznie był to sprawdzian niezłomności i hartu ducha. A tego im nie brakowało.


Nasza bohaterska drużyna była nieustannie targana przeciwnościami losu. Czasem żeby pokonać piętrzące się trudności, musieli wznieść się aż pod niebo. Innym razem okoliczności przygniatały ich do samej ziemi, zmuszając do taplania się w błocie. Ostre kamienie raniły pozbawioną ochrony skórę. Przemierzali grząskie wydmy, które z każdym krokiem wysysały z nich drogocenne siły. Przeprawiali się przez czarne jak smoła, cuchnące mokradła, wciągające nieostrożnych wędrowców. Potykali się na kamienistym brzegu rzecznym. Nie obyło się bez zadrapań, krwi i potu. Wiedzieli jednak, że mimo swoich niedoskonałości mogą na siebie liczyć. Jak narazie parli do przodu w nierozerwalnym szyku, niczym grecka falanga. Rosnąca z każdą chwilą warstwa błota stanowiła najlepszą zbroję.

Pięta Achillesa

Nawet mityczni herosi nie byli doskonali. Achilles miał swój słaby punkt, Herakles umarł dzięki podstępowi centaura. Nasi śmiałkowie nie różnili się od legendarnych bohaterów w tym względzie. Tak trudne warunki uwydatniały wszelkie ułomności niczym krzywe zwierciadło. Paweł okazał się być świetnym pływakiem. Zjazd na linie i lądowanie na środku zalewu były dla niego synonimem dobrej zabawy. Marne sadzawki nie robiły na nim wrażenia, pokonywał je niczym naelektryzowany węgorz. Jednak im bardziej oddalali się od wody, tym gorzej się czuł. Ciężko znosił trudy forsownego biegu przez rozległe pustkowia i leśne ścieżyny. Również dla Piotra bieg był utrapieniem. Czołganie się, także nie należało do jego ulubionych czynności. Predyspozycje fizyczne pozwalały mu jednak z łatwością pokonywać wszelkie barykady. Kolejny Piotr był zaskakująco wszechstronnym zawodnikiem. Oprócz drobnej słabości do wody, radził sobie w każdych warunkach. Swoim pozytywnym nastawieniem podnosił morale zmaltretowanej drużyny. Damian z kolei dobrze czuł się blisko ziemi, czołgając się w lepkim błocie. Przedzieranie się przez leśną gęstwinę również nie stanowiło problemu – wraz z Piotrem często trenowali tę sztukę. Natomiast przemieszczanie się na własnych nogach to jego chleb powszedni, biegł tak jakby ukradł Hermesowi sandały. Niestety w tym obuwiu, aż nazbyt dobrze było widać jego mizerną piętę. Jego słabość miała zaważyć o losach drużyny…

Siewcy zamętu

Wkroczyli na grząski grunt. Mieli zadanie do wykonania po drugiej stronie zdradzieckich bagien. Zaczęli się zanurzać, najpierw po kolana, potem pas, klatka piersiowa, szyja… Ta marna sadzawka okazała się dość głęboka. Damian całkiem nieźle radził sobie w różnych sytuacjach, ale ta przeszkoda była nie do pokonania. Jego awersja do wody i kompletny brak wyszkolenia pływackiego skutecznie zawróciły go na brzeg. Z nim czy bez niego, reszta musiała wypełnić zadanie. Strażnicy przejścia zgodzili się przymknąć oko na niepełną liczebność przeprawiającej się grupy. Miało to jednak swoją cenę. 60 pompek dla szczura lądowego. Drużyna podzieliła się. Postanowili odnaleźć się kawałek dalej, za mokradłami wstydu.

Damian podniósł się wreszcie z ziemi po tym katorżniczym wysiłku. Każde najdrobniejsze włókno mięśnia piersiowego wiło się w bolesnych konwulsjach i błagało o szybką śmierć. Podniesienie ramion powyżej barków urosło do rangi wyzwania. Pomyślał, że jednak lepiej było spróbować i utopić się w śmierdzącym bajorze, niż godzić się na takie rzeczy. Jednak to wszystko należało już do przeszłości. Teraz należało skupić się na znalezieniu towarzyszy. Był to pierwszy raz, kiedy został sam na placu boju. Los wytrącił im z ręki ich najsilniejszą broń – pracę zespołową. Puścił się biegiem naprzód, mając nadzieję na odnalezienie swoich. Po drodze musiał przeczołgać się pod zasiekami. Nie było łatwo utrzymać się na rozdygotanych rękach. Chwilę potem balans na wąskiej desce. Odbiegł już spory kawałek od miejsca podziału drużyny. Dobiegli by tak daleko? Przecież muszą gdzieś tu być! Postanowił się cofnąć i poczekać. Minuty mijały, ale czas stał w miejscu. Bezczynność kąsała niczym natrętny komar. Są! Zauważył w oddali trójkę kamratów. Nie było czasu wymianę uprzejmości. Napierali dalej.


Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Ekstremalne warunki wydobywają z ludzi to co najlepsze. Pokazują jaka siła drzemie w każdym z osobna, a także w relacjach nas łączących. W tych historiach, które piszemy razem. Dlatego często mówi się, że przyjaźń z frontu to przyjaźń na całe życie. Żołnierze w oddziale muszą być pewni swoich umiejętności, ale także wsparcia jakie mogą otrzymać od kolegów. Każdy z nas może potrzebować pomocy. W pojedynkę nie moglibyśmy mierzyć się z najtrudniejszymi wyzwaniami. Może zabrzmi to banalnie, ale wartości takie jak jedność, lojalność czy braterstwo są nie do przecenienia. Dlatego gdy upadniesz pamiętaj, że nigdy nie zostawiamy swoich!

PS.

Wielkie podziękowanie dla całej drużyny Appchance – zrobiliście mega robotę. Mam nadzieję, że takie sprawdziany pomogą nam cały czas podnosić sobie poprzeczkę – zarówno w aspekcie sportowym, jak i zawodowym.