Karkonoski festiwal biegowy

Gdzieś w gąszczu mniej lub bardziej istotnych powiadomień na Facebooku, dostrzegłam informację na temat Karkonoskiego festiwalu biegowego. Planowaliśmy z Damianem starty w górach w 2016 roku, dlatego z ciekawości zapoznałam się z regulaminem. Bieg miał odbywać się na trzech dystansach, do wyboru:

  • półmaraton z górką tj. 28 km oraz 1291 m przewyższeń
  • Chojnik Maraton 46 km i 2229 m
  • Ultra Chojnik 102 km, 5025 m przewyższeń

Pierwsza opcja idealna dla mnie, druga dla Damiana. Na początku kusił mnie Chojnik Maraton. Mam na koncie Chudego Wawrzyńca na dystansie 50 km+, jednak wówczas obok był Damian. Teraz miałam wystartować samodzielnie. W takim wypadku 28 km było najlepszym rozwiązaniem. Do naszego kalendarza biegowego wpisaliśmy datę 28.05.2016 z adnotacją “Chojnik”.

Góry i ja

Jak wyglądały przygotowania do samego startu? W zasadzie mój trening nie był ukierunkowany na górski bieg. Ktoś może stwierdzić, że to mało odpowiedzialne i bezmyślne. Moim zdaniem nie. Pewnie gdybym miała aspiracje na jakiś konkretny czas i tempo biegu, wówczas istotne byłoby wprowadzenie do treningu takich jednostek jak np. podbiegi. Oczywiście nie wstałam z przysłowiowej kanapy i nie ruszyłam prosto na szlak. Ostatnie miesiące solidnie przepracowałam, przygotowując się do poznańskiego półmaratonu. Istotnym elementem mojego treningu były ćwiczenia siłowe oraz rower. No i oczywiście bieganie.

Góry cały czas są dla mnie niezbadanym obszarem. W zeszłym roku zasmakowałam biegania po górkach, spodobało mi się i chyba chciałabym rozwinąć się nieco w tym kierunku. W tej chwili dopiero poznaje specyfikę górskich biegów, sprawdzam na ile mnie stać i pomału przesuwam granicę własnych możliwości. Nie do końca wiem, jak rozłożyć siły podczas biegu, eksperymentuję z odżywianiem na trasie. Czuję ogromny respekt do gór. Można być świetnie przygotowanym do biegu, a jeśli jeden mały element nie współgra z pozostałymi, misternie ułożony plan się rozsypuje. W każdym sporcie, a już na pewno w bieganiu, bardzo ważna jest dyspozycja dnia, samopoczucie czy choćby pogoda. Góry to najczęściej kilkugodzinny wysiłek, na różnych wysokościach nad poziomem morza. Na szczytach mogą nas zastać zupełnie inne warunki pogodowe niż w niższych partiach. Ta nieprzewidywalność ma swój wielki urok. Górski szlak to wolność, zapierające dech w piersiach widoki, które dają energię do pokonania kolejnych kilometrów. Po swojemu. Tutaj nie liczy się tempo biegu, minuta szybciej czy wolniej, kogo by to interesowało? Podczas kilkukilometrowego, stromego podejścia, ważne jest, aby w końcu wdrapać się na szczyt. Krok za krokiem, byle do przodu. Zdarza się, że w krytycznym momencie wyłączę logiczne myślenie i po prostu dreptam. Albo odwrotna sytuacja- wyczekiwany zbieg. Można “puścić” nogi i lecieć. Wtedy nawet myśli nie są w stanie nas dogonić.

Kierunek Jelenia Góra

Do Jeleniej Góry ruszyliśmy w środę po pracy. W czwartek wybraliśmy się na 12 km bieg, w piątek na dłuższy spacer na zamek Chojnik. Poza tym odpoczywaliśmy i czekaliśmy niecierpliwie na start. Sobota. Pobudka 6.30. Pierwsza myśl po przebudzeniu: “ale mi się nie chcę!”. Podeszłam do okna, rozsunęłam zasłony i utwierdziłam się w przekonaniu, że naprawdę mi się nie chcę. Na zewnątrz ściana deszczu, a w oddali burza. Świetnie. Co jak co, ale w burzy to ja nie pobiegnę. Dodam, że prognozy pogody jakoś dogłębnie nie analizowaliśmy, obiło nam się o uszy, że może padać, ale nie myślałam, że aż tak.

W każdym razie nie było czasu na rozczulanie się nad sobą. Zjedliśmy śniadanie, sprawdziliśmy czy mamy wszystkie niezbędne rzeczy, ubraliśmy się i w drogę. Start Chojnik Maraton zaplanowany był na godzinę 9.00, półmaraton na 10.00. Ku zadowoleniu wszystkich biegaczy, przestało padać. Pamiętam jak na odprawie organizatorzy mówili o około 3 godzinnym okienku pogodowym. Jak się później miało okazać, ich prognoza sprawdziła się w 100%.

Półmaraton z górką

Tak jak napisałam wcześniej, startowaliśmy punkt 10.00.

Pierwsze 6 km. W zasadzie tylko początkowe kilkaset metrów biegliśmy po względnie płaskiej nawierzchni. No tak, to był bieg górski, także nie ma się co dziwić :). Na kolejnych kilometrach trasa wiła się łagodnie w górę. Stopień nachylenia był na tyle niewielki, że udało się utrzymać tempo w granicach 6-9 minut na kilometr. Prawdziwa zabawa rozpoczęła się od około 7 km. Podejście na Czeskie Kamienie. Ten piękny szczyt o wysokości 1416 m n.p.m. dał mi mocno w kość. Oczywiście podczas tej 5 km “wspinaczki” zza chmur wyszło słońce, skutecznie dbając o to, aby czasem komuś nie było za zimno. Na podejściu dogoniła mnie koleżanka z Poznania, Magda. Miło było mieć obok znajomą duszę, by móc raz na jakiś czas rzucić z lekką ironią “hmm, ale przyspieszyłyśmy, tempo spadło poniżej 11 minut na km”. Po 12-13 km od startu byłyśmy na szczycie. Magda pognała do przodu. Ja zatrzymałam się na chwilę przy punkcie odżywczym, nie mogłam odmówić sobie skosztowania pysznego arbuza. Jak już jesteśmy przy jedzeniu- podczas biegu posilałam się zwykłym mleczkiem w tubce o smaku czekoladowym. Miałam jeszcze żele i batoniki musli z Lidla. Jednak nie miałam na nie ochoty. Wypiłam sporo wody, około 1,5 litra plus wspomniany arbuz na punktach odżywczych.

Po wejściu na Czeskie Kamienia miało być już tylko lepiej. W praktyce pierwsze kilometry zbiegu okazały się dość trudne techniczne. Opady deszczu spowodowały, że nawierzchnia stała się śliska, poza tym pokonywaliśmy fragmenty złożone z dużych i nieregularnych kamiennych schodów. W takich warunkach ciężko było mi osiągnąć jakąś fajną prędkość zbiegu.

Od około 17 km można było nieco puścić nogi, bez obawy o spektakularną wywrotkę. Okazało się, że energii mi nie brakuje i w końcu zaczęłam wyprzedzać innych biegaczy. Po cięższych kilometrach podbudowałam się psychicznie i gnałam do przodu, w końcu półmetek był już dawno za mną.

Biegnę sobie, biegnę, na zegarku nieco ponad 21 km, czas około 3 godziny. No i tutaj czekała na nas mała niespodzianka. Deszcz. A w zasadzie ulewa. W ciągu kilku minut przemokłam do suchej nitki. Plus taki, że było dość ciepło, przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Burza w oddali motywowała do szybszego przebierania nogami. W międzyczasie mój zegarek dokonał żywota, za dużo wody jak na jeden raz. Dalej biegłam ‘na czuja’, pytając po drodze przypadkowych biegaczy, jaki dystans wskazują ich zegarki.

Na ostatnim etapie biegu czekał na nas deser z wisienką, czyli wejście na górę Chojnik. Nieco żmudne podejście na około 627 m n.p.m., a potem petarda i do mety! Końcowe 500 metrów płasko i po asfalcie. Idealne warunki do finiszowania. Na metę wbiegłam uśmiechem, może lekko nerwowym, gdyż ciekawa byłam czy udało mi się zmieścić w 4 godzinach. Jak wcześniej wspomniałam, mój zegarek został zalany, a z obliczeń wynikało, że rzutem na taśmę mam szansę złamać 4 godziny. Oficjalny wynik to 03.59.42.

To nie koniec atrakcji. Najtrudniejsze było przede mną 🙂 Postanowiłam, że wbiegnę z Damianem na metę. Przemoknięta i zmarznięta czekałam na niego, około 200 metrów przed finiszem. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wielka była moja radość jak zza zakrętu wyłonił się niebieski punkt. Damian! Na metę biegliśmy razem, trzymając się za dłonie. Jak słodko 🙂