Ostatnia prosta. Grunwaldzka. Mijam stadion i wiem, że jest dobrze. Bardzo dobrze. W międzyczasie rzucam do Pawła “wiesz, że lecę na życiówkę?”. Po ciuchu dopowiedziałam jeszcze “mam nadzieję, że Damian też dał radę”.

Trochę historii

Dystans 21 km jest przeze mnie nieco znienawidzony. Dlaczego? Przez prawie 3 lata walczyłam o poprawienie wyniku, który osiągnęłam podczas debiutu w kwietniu 2012 roku. Udało się dopiero w sierpniu 2014 roku. Na trasie dzielnie wspierał i motywował mnie wówczas Damian. Na metę udało mi się wbiec z czasem 1:45. Na tym samym poziomie pobiegłam inne dwa półmaratony w 2014 roku, po czym musiałam zapomnieć o poprawnych wynikach i dobrych startach na tym dystansie. Doskonale pamiętam walkę podczas Pszczewskiej Dwudziestki w maju 2015 roku. Męczarnia, a nie bieg. Wtedy straciłam wiarę, że kiedykolwiek uda mi się pobiec połówkę w czasie niższym niż 1:45. Dyszki i piatki – owszem, potrafiłam spiąć 4 litery i gnać. Półmaratońskiej klątwy nie potrafiłam odczarować, nogi i głowa nie chciały ze sobą współpracować.

Rok 2015 był przełomowy. Na bieganie obrażałam się regularnie. Nie potrafiliśmy dogadać się, o żadnych kompromisach nie było mowy. Zrezygnowana odpuściłam pogoń za wynikami, w zastępstwie sporo jeździłam na rowerze, zaczęłam stawiać pierwsze biegowe kroki w górach. Treningi biegowe były mało uporządkowane, nieregularne. Z czasem zrozumiałam, że muszę zrobić kilka kroków w tył, by za chwilę móc wziąć duży rozbieg, który pozwoli wskoczyć na wyższy, biegowy poziom. Oczywiście zanim doszłam do takich wniosków, trochę wody w rzece musiało upłynąć. Strasznie wkurzałam się na siebie. Nie chodziło o to, że nie chciało mi się trenować. Gdyby to był zwykły leń, to pół biedy. Coraz cześciej czułam brak mocy, treningi nie sprawiały przyjemności. Było na siłe, bo tak trzeba.

A właśnie, że nie trzeba! Chwila odpoczynku, głęboki wdech i zaczęłam tęsknić za ciężkimi treningami, za biegowymi planami i celami. Głęgoko schowane marzenia chciały w końcu zostać zrealizowane.

Moja droga do sukcesu

9. Poznań Półmaraton miał być 16 półmaratonem w mojej “karierze” biegowej. Nie mówiłam o tym głośno, ale chciałam powalczyć o naprawdę fajny czas. Rok 2015 pożegnał mnie wielkim, motywacyjnym kopem. Zaczęłam porządnie tj. regularnie trenować. Bieganie, silownia i rozciąganie zagościły na stałe w moim planie. Po drodze zweryfikowałam treningi biegowe i zaczęłam korzytać z pulsometru. Co ciekawe, mój puls jest nadzwyczaj wysoki. Biegnę, wydawałoby się tempem konwersacyjnym, zero zmęczenia oddechowego, a tętno grubo ponad 150. Dlatego też musiałam nauczyć się robić bardzo wolne treningi. Ostatnie tygodnie przed połmaratonem były mocne. Bieganie, rower, siłownia, średnio po 7-8 treningów w tygodniu. Nie pozwalałam nogom odpocząć, zawsze było “coś”. Jak się miało później okazać, była to dobra taktyka.

15.04.2016

Asia: Jak myślisz, na jaki czas jestem w stanie pobiec w niedziele?
Damian: Hmm, no nie wiem, ale 1:45 to raczej nie zrobisz.

7.04.2016

Start. W głowie krążyły na zmianę 3 myśli:

  • deszcz, nigdy nie startowałam jeszcze w deszczu, będzie ok, jest ciepło i nie ma wiatru. Dam radę.
  • nie spal biegu! Zacznij spokojnie, na szaleńswo przyjdzie czas w II połowie biegu
  • ja nie dam rady pobiec na 1:45!? A właśnie, że pobiegnę!

Przedstartowy poranek nieco nerwowy. Oczywiście nie obyło się bez głupiej wymiany zdań z Damianem “ale mi się nie chce, lepiej byłoby się wyspać itd.”. No tak, pozytywne nastawienie przede wszystkim :). Warunki pogodowe jakie były każdy wie. Jakoś nie skupiałam się na deszczu, bardziej niesamowite w tej sytuacji było dla mnie to, że biegam prawie 5 lat, i naprawdę nigdy nie zdarzyło mi się startować w deszczu. Treningi, owszem. Deszcz, śnieg czy grad nie raz towarzyszły mi na trasie. Nawet kilka dni temu biegałam w dośc sporym deszczu, wróciłam przemoczona do suchej nitki. Biegło się świetnie. Niegdyś zrobiłam życiówkę podczas upalnego półmaratonu w Pile. Zatem wiedziałam, że jeśli trafie w “swój dzień” to nic nie będzie mi straszne.

Dosłownie kilka minut przed wystrzałem startera spotkałam Pawła. Dowiedziałam się, że Paweł jest po dłuższej, przymusowej przerwie i chce pobiec na 1:50. Umówiliśmy się, że pobiegnę z nim spokojnie 2-3 km, a potem zobaczymy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w jego towarzystwie przyjdzie mi spędzić najbliższe 21 km 🙂 Paweł okazał się być świetnym kompanem biegowym. Nie było zbędnych rozmów, tylko krótkie komunikaty, czasem na chwile znikał z mojego zasięgu wzroku, po czym nagle pojawiał się obok. Fajna była świadomośc, że obok biegnie ktoś znajomy i gdyby coś, to kopnie w tyłek i będzie kazał biec do przodu.

Jeśli chodzi o bieg, co tu dużo mówić, bajka. Z czystym sumieniem moge stwierdzić, że był to najbardziej udany start w półmaratonie. Wszystko było na tak. Od pierwszych kilometrów nogi były lekkie jak portfel po wizycie w centrum handlowym. Nawet tłumy ludzi, które były wszechobecne na początku biegu, nie wytrąciły mnie z równowagi. Padający deszcz i przemoczone buty też były nadzwyczaj znośne. Długie proste czy podbieg na Hetmańskiej nie zrobiły na mnie większego wrażenia (jednak warto było robić przysiady). Pierwszą połowę dystansu pokonałam z głową, kontrolowałam tętno i tempo biegu. Na 10 km miałam zjeść pierwszy z dwóch żeli. Czułam się bardzo dobrze, energii mi nie brakowało i stwierdziłam, że wezmę tylko jeden żel, na około 13-14 km. I była to dobra decyzja. Od 15 kilometra leciałam jak na skrzydłach, a z każdym krokiem wiedziałam, że realizacja celu jest coraz bliżej. To motywowało mnie wtedy najbardziej. Marzenie biegowe zaczęło nabierać realnych kształtów i wiedziałam, że teraz nie mogę tego schrzanić.

Meta. 1:43:47!

Niesamowity bieg, bez kryzysu, w pełni świadomy, z porządnym finiszem. Ostatnie 350 m w tempie 4:08. Na mecie wielka radość, a po chwili nieco nerwowe wypatrywanie Damiana. Jest i on! To był nasz dzień, bez dwóch zdań. Kilka słow od Damiana i jego próbie połamania 1:30 w następnym odcinku 🙂