Pamiętam swój strach i obawy przed pierwszym startem ultra. Ponad 50 km i to na dodatek w górach, 2500 metrów przewyższeń, niebezpieczne zbiegi i mozolne podejścia. Nie, to nie dla mnie. Znając swoje szczeście, na zbiegu potknę się o jakiś kamień, sturlam do samego dołu i tyle po mnie…

Po zapisaniu się na Chudego Wawrzyńca milion razy podejmowałam decyzję, że rezygnuję z udziału. Po drodze miało miejsce wiele rozmów, tych wewnętrznych z samym sobą, jak i z Damianem. On wierzył we mnie, wiedział, że sobie poradzę. To miał być nasz wspólny bieg, mieliśmy być dla siebie wsparciem w chwilach zwątpienia. Nasza biegowa, górska przygoda.

Dziś wiem, że gdybym wówczas odpuściła start w Chudym, byłaby to najgłupsza decyzja z możliwych. Świadomie pozbawiłabym siebie możliwości przeżycia czegoś naprawdę fajnego. Oczywiście, że podczas tych ponad 8 godzin na trasie nie zawsze było kolorowo i wesoło. Pojawiło się zwątpienie, łzy i ból. Pokłóciłam się z Damianem. Skrajność goniła skrajność. Różne emocje, a w tle piękne, górskie krajobrazy. Po pokonaniu największego kryzysu na trasie, około 20-25 km, było już tylko lepiej. Wpadłam w jakąś biegową euforię, byle do przodu, byle do mety. Wiedziałam, że każdy kilometr zbliża nas do celu. Nawet zbiegi stały się bardziej przyjazne, strach został ujarzmiony.

Na metę wbiegaliśmy razem, trzymając się za dłonie. To był mój wielki sukces.

Do czego zmierzam? Ostatnio doszłam do dwóch wniosków.

Po pierwsze, dzięki bieganiu sporo zyskała moja pewność siebie. I to w żadnym wypadku nie chodzi o to, iż uważam, że sam fakt biegania sprawia, że ktoś jest lepszy czy gorszy. Przykładowo, jak każda kobieta, miewam dni, kiedy spojrzę lustro i wszystko jest na “nie”. Włosy nie takie, cera nie taka, tu za dużo, tam za mało. Potem lecę na trening, wyrzucam z siebie te wszystkie negatywne i niepotrzebne emocje. Bieganie i w ogóle sport to znakomity filtr. Oddziela to co jest ważne i prawdziwe, od tego co rodzi się tylko w naszej głowie i zatruwa nam życie. Biegowe endorfiny, nikt ich nie widział, ale nie od dziś wiadomo, że istnieją. Efekty ich działania każdy biegacz mógł niejednokrotnie sprawdzić na własnej skórze 🙂

I druga sprawa. Wracając do wątku startu w Chudym Wawrzyńcu. Kiedy naprawdę wkręcisz się w bieganie, staje się ono nieodzowną częścią Twojego życia. Biegasz, tak samo jak jesz, myjesz zęby i śpisz. W bieganiu, jak i w życiu trzeba podjąć ryzyko. Chcesz robić wielkie rzeczy, spełniać marzenia, być lepszym człowiekiem, musisz walczyć. Przypadki, zbiegi okoliczności, nie licz na to. Wiadomo, bezpiecznie i najwygodniej jest trwać w znanej i przewidywalnej przestrzeni i sytuacji. Zamknąć się w swojej skorupie, która skutecznie chroni i odgradza od nieznanego. Ale czy o to chodzi w życiu? Czasem należy wziąć sprawy w swoje ręce, wyjść ze strefy komfortu. Może małymi krokami, ale dobrze jest podjąć tą decyzję, uwierzyć we własne siły i możliwości. Zacząć żyć i robić po swojemu.

Nie oszukujmy się, pojawi się uczucie strachu. I to jest całkiem normale. Każdy odpowiedzialny człowiek czasem się boi. Gdybym pozwoliła słabej i strachliwej Asi móc decydować, ominąłby mnie świetny, górski bieg. Nadal słuchałabym opowieści Damiana o bieganiu w górach, a w międzyczasie czytała historie Magdy i Krzyśka Dołęgowskich, marząc, że może kiedyś też wyruszę na górski szlak, nie potknę się o żaden kamień, wrócę cała i zdrowa. I szczęśliwa.

Skoro dałam radę pokonać 53 km w górach, spędziłam tam prawie 9 godzin, to mogę wszystko. Ok, brzmi to naiwnie, ale chce w tym wszystkim pokazać, że strach nie może być naszym doradcą. Szczypta zdrowego rozsądku, dobry plan, pomocni ludzie wokół, zapał, chęć do ciężkiej pracy, umiejętność przyjmowania krytyki, zdolność wyciągania wniosków z porażek… Garść szaleństwa i tona optymizmu. W końcu żyję się tylko raz!