Pewnego wrześniowego piątku gościliśmy razem z Asią na weselu jej kuzynki. Środowisko może niezbyt przyjazne biegaczom (ale się nażarłem, ooo przynieśli ciasto, zjem jeszcze kawałek!), ale bawiliśmy się dobrze. Asia, mimo że w bieganiu radzi sobie ostatnio całkiem nieźle, przegrała walkę o tytuł najzwinniejszej kobiety na weselu z kilkuletnią dziewczynką :/ No cóż, nie można mieć wszystkiego. Kiedy zadzwonił telefon i kolega wyszedł z propozycją wzięcia udziału w pieszym rajdzie na orientację, nie sądziłem, że będzie to jedna z najciekawszych, a także jedna z najbardziej wymagających imprez biegowych w tym roku.

Iskra

Wracając do weselnego stołu, zacząłem przetwarzać usłyszane informacje. Pieszy rajd na orientację, rozgrywany w okolicach Barlinka, na dystansie 25 km. Jakoś nie byłem przekonany. Może zraziło mnie słowo pieszy? Może dwa noclegi na sali nie przemawiały do mojej leniwej wyobraźni? Dodatkowo, perspektywa przemieszczania mojego ciała w interwale dłuższym niż godzina, nie była dla mnie zbyt zachęcająca (ostatnio biegam stosunkowo niewiele).

Krótko streściłem cały pomysł Asi. Jej pierwszą reakcją było stwierdzenie “biegniemy!”. Udzielił mi się jej entuzjazm. Już po 20 sekundach, jak wzorowi goście weselni, wyciągnęliśmy telefony i zaczęliśmy sprawdzać regulamin rajdu. I co się okazało? Organizatorzy przewidzieli dwa warianty tras pieszych – 25 i 50 km. Iskra zamieniła się w spore ognisko – biegniemy 50! Rozmowa płynnie przeszła z  tematu “czy?” na “jak?”. Udało się zorganizować dojazd z Gorzowa – nie musieliśmy spać na sali. Zarzucaliśmy się pomysłami możliwych strategii żywieniowych, potrzebnego ekwipunku czy już samej taktyki biegu. Byliśmy ciekawi “jak to będzie”, wkraczaliśmy w końcu na nieznany teren. Zawsze lubiłem włóczyć się po bezdrożach. Nigdy jednak nie byłem zdany tylko na mapę i kompas, bez wsparcia elektronicznych gadżetów. Miałem polegać tylko na sobie (dla Asi poziomice to taka odmiana poziomek). I to jest w sumie to co lubię.

Na drugi dzień do głosu doszedł zdrowy rozsądek. 25 km to idealna wersja opracowana przez organizatora. Wątpliwe było, że nam również uda się ją osiągnąć. Dodatkowo w kolejną niedzielę mieliśmy zaplanowany start na 10 km w Rakoniewicach. Zrobienie 50km+ na tydzień przed nim, nie byłoby zbyt mądre. Dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na krótszy wariant. Co ciekawe znajomi, którzy powiedzieli nam o tym rajdzie, postąpili dokładnie odwrotnie. Jak się później okazało, podjęliśmy dobrą decyzję.

Leniwy poranek

Start został zaplanowany na godzinę 7. Brutalnie przerwany krótki sen, przegląd ekwipunku, szybkie śniadanie i w drogę. Już po pierwszych krokach na zewnątrz, aura uświadomiła mi, że powinienem zostać w łóżku. Zaspane, ciemne ulice, oraz przeszywający do szpiku kości mróz (tak wiem, że mróz to temperatura poniżej 0, ale musicie uwierzyć mi na słowo – był mróz).  Barlinek oddalony jest od Gorzowa około 30 km, czyli jakieś 15 minut jazdy. Droga w większości prowadzi przez las. Miejscami konary drzew tworzą nawet coś w rodzaju sklepienia (zapraszam do województwa lubuskiego – najbardziej zalesionego województwa w Polsce). Podczas gdy zanurzona w czerni przyroda powoli budziła się do życia, a słońce nieśmiało pokazywało się nad horyzontem, moje myśli krążyły wokół jednego pytania. Dlaczego znowu jestem głodny? Heh żartuje :) (akurat wtedy byłem po śniadaniu!) Zacząłem się zastanawiać, jak zwykle w takich chwilach, po co? Po co to wszystko? Nie mogłem spać do 10 jak zwykły Janusz w weekend? Wstać, zjeść bułkę z kaszanką i cebulą, a potem oglądać TV? Ale nie – wstałem przed 5:00 żeby jechać 30 km do lasu, żeby się po nim powłóczyć, wpaść w błoto i znaleźć nowy dom dla kleszczy. I jeszcze zapłaciłem za to 6 dych. Biznes życia :) Tym podobne rozmyślania wypełniły nam podróż, byliśmy na miejscu.

20150926_065326
Not bad!

Prolog

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że wszelkie uwagi, oceny czy spostrzeżenia, będą formowane przede wszystkim z perspektywy biegacza. Był to nasz debiut w tego typu imprezie, lecz mamy za sobą sporo “zwyczajnych” zawodów biegowych, na różnych dystansach, co za tym idzie dobry punkt odniesienia. Być może taki sposób przedstawienia sytuacji, zachęci zadeklarowanych biegaczy do zejścia z utartych szlaków (i to dosłownie).

Baza zawodów mieściła się w szkole, zaraz pod samym lasem. Spotkaliśmy się ze znajomymi z trasy 50 km, którzy spali w szkole. Wymieniliśmy niezbędne heheszki oraz ironiczne komentarze na temat możliwych wyników tych tajemniczych zawodów. Przyszedł czas na odbiór pakietów. Tutaj standard, krótka kolejka do biurka, szybki podpis potwierdzający, że wiesz co robisz i gotowe. Dla biegaczy nic nowego. Może trochę ekstrawagancki był widok ludzi zajadających konserwę turystyczną, no ale nie wszyscy będą biegli. Każdy uczestnik dostawał chip. Co biegacz robi z chipem? Mocuje do buta! Niestety, nie tym razem. Dostaliśmy specjalny sznurek, żeby przewlec go przez odpowiednią dziurkę i przymocować np. do plecaka. Tutaj uwaga – najlepiej zrobić tak, żeby można było go łatwo odpiąć. Na punktach kontrolnych trzeba go zbliżyć do czytnika, co potwierdza zaliczenie punktu. Czytniki znajdują się w miejscach naprawdę różnych. Ja swój chip niestety przymocowałem na stałe do plecaka. Na szczęście skończyło się tylko na dodatkowej gimnastyce :)

Około 5 minut przed startem odbyła się krótka odprawa. Dopiero wtedy dostaliśmy mapy (żeby nikt wcześniej nie mógł sobie zaplanować trasy), krótkie informacje na temat zawodów, sposobu zatwierdzania obecności na punkcie. Przyjrzeliśmy się mapie, a właściwie dwóm. Na pierwszej z nich w skali 1 : 25 000 było 10 punktów. na drugiej 1 : 50 000 tylko jeden, ale za to nieco oddalony od reszty. Jeden ze znajomych z trasy 50 km, był wyjadaczem tego typu imprez. Wytłumaczył mi kilka rzeczy jeśli chodzi o ich czytanie, co bardzo pomogło w nawigacji (to że niebieskie to woda wiedziałem he he).

20150926_065307
To jest mapa, tam biegniecie!

Kilka słów odnośnie używanego ekwipunku. Standardowo plecak z bukłakiem, jak we wszystkich dłuższych biegach. Jeśli chodzi o bufet, to wybór mógł być tylko jeden – Musli Bary z Lidla. Wielokrotnie przetestowana w ciężkich bojach opcja – duża dawka łatwostrawnej i dobrze smakującej energii w cenie 59 groszy :) Ubiór stosownie do pogody – ważna sprawa zakryte nogi. Nierzadko zdarza się przedzierać przez krzaki, paprocie oraz inne leśne przeszkody. Jako że było troszkę za gorąco na długie legginsy, wybraliśmy kompresy z Chudego Wawrzyńca, dodające dodatkowo +5 do szybkości. Oprócz tego oczywiście kompas – najtańsza wersja z Decathlonu (20 zł). Ponoć takie się za bardzo nie nadają, ale mi wystarczył :)

Owczy pęd

Gotowi czy nie – ruszyliśmy, dość szybko jak się okazało. Biegliśmy przez pół kilometra ze sporą grupką.  Przymusowy postój, czas na sprawdzenie mapy, rzut oka na kompas. Hmm chyba jest dobrze, kierunek w miarę się zgadza, napieramy dalej. Przez następne pół kilometra, na przemian zerkałem nerwowo na moje narzędzia nawigacyjne i uspakajałem Asię – “tak Kochanie, na pewno biegniemy dobrze”.  Oczywiście sam nie byłem tego pewien :) Kilka zakrętów dalej, podjąłem pierwszą decyzję o zejściu z drogi. Wtedy wydawało nam się to bardzo ryzykowne. Co będzie jak się zgubimy? Druga połowa mojego zespołu głosowała z całych sił przeciw temu pomysłowi. Kierunek drogi nie pasował jednak ani trochę do układu na mapie i pożądanego azymutu. Dziarskim krokiem wbiliśmy się w las, nie wiedząc czego oczekiwać. Jak się okazało decyzja nie była całkiem zła (może wcale nie była zła?). Dotarliśmy do obszaru wyglądającego podobnie jak otoczenie punktu #1. Trzeba przyznać, że okolica była naprawdę urokliwa. Mgła, nisko zawieszona nad wodami trzech połączonych stawów. A między nimi ścieżka, którą biegliśmy. W tym miejscu spotkaliśmy Mariusza. Wiadomo krótka gadka, do jakiego punktu, jaka trasa. Po kilku zdaniach okazało się, że nasz nowy towarzysz też jest “świeżakiem” jeśli chodzi o bieganie z mapą. Dobrze radzi sobie jednak z utrzymywaniem tempa. Pasował więc idealnie do naszego zespołu. Byliśmy jak 3 owce bez pasterza. 3 turboowce :)

20150926_081729
To my.

Punkt znajdował się w małej kotlince, czytnik przymocowany był do drzewa. Co ciekawe, bardziej problematyczne było prawidłowe odbicie chipa, niż znalezienie czytnika. Po kilku próbach operacja powiodła się. Info dla debiutantów – zwróćcie na to szczególną uwagę. Czytnik powinien zasygnalizować odbicie mignięciem diody oraz sygnałem dźwiękowym (warto zapytać przed zawodami jaka powinna być prawidłowa reakcja). Głupio byłoby zaliczyć wszystkie punkty i zostać zdyskwalifikowanym za brak odbicia karty. Razem z Mariuszem wytyczyliśmy drogę do punktu #2 o nazwie “rozwidlenie strumyków”. Odległość do pokonania była niewielka, szybko dotarliśmy do prawdopodobnego obszaru docelowego. Podmokły teren w delcie utworzonej przez dwa cieki wodne. Nie było jednak nigdzie widać charakterystycznego oznaczenia naszego celu. Uformowaliśmy tyralierę i zaczęliśmy przeczesywać teren. Zadanie nie było łatwe, grunt miejscami był naprawdę grząski. Ubranie żółtych startówek nie było jednak dobrym pomysłem. Po dłuższej chwili poszukiwań zobaczyliśmy uczestnika rajdu wybiegającego z doliny. Jak się później okazało był to zwycięzca trasy TP 25. Udało nam się dowiedzieć, że punkt był kawałek dalej.  I rzeczywiście. Był. Na samym środku strumyka, przymocowany do leżącego pnia. Wymagało to nieco zdolności gimnastycznych, udało nam się pobrudzić nasze piękne buciki :(

20150926_073549
Tak, tam był punkt.

Trzeci punkt znajdował się w sporym oddaleniu od reszty, był to jedyny punkt na mapie o mniejszej dokładności. I tutaj zaczęły się schody. Mieliśmy spore problemy. Nawigowaliśmy na zmianę z Mariuszem. Taka demokracja w wytyczaniu drogi chyba nie jest najlepszym pomysłem. Wyglądało to mniej więcej tak. Wybiegliśmy z lasu na szosę, pobiegliśmy kilometr w prawo. Zawróciliśmy, zrobiliśmy kolejne 2 km. Zawróciliśmy, aby wrócić do miejsca, w którym wyszliśmy z lasu. Ostatecznie w wyniku braku innych pomysłów, poszliśmy na przełaj przez tereny oznaczone na mapie kolorem żółtym – teren prywatny nie wchodzić. Taka decyzja nie była zbyt korzystna jeśli chodzi o czas, ale to co zobaczyliśmy to nasze. Pogoda tego dnia była fantastyczna, widoki były naprawdę pierwszej klasy. Dotarliśmy do stadniny koni. Asia kochająca zwierzątka oczywiście zaczęła sesję fotograficzną. Przeszliśmy obok wolno biegających koni (nie lada przeżycie dla człowieka z miasta). Znalazły się też owce, a nawet struś. Jeden z pracowników pomógł nam się wydostać i wskazał nam kierunek do Płonna – wioski niedaleko której był nasz cel.

20150926_081229
Asia łamie prawo (i płot).
20150926_081454
Takie widoki!

Wtedy popełniliśmy największy błąd podczas tego rajdu. Podejmowaliśmy decyzje, na podstawie założeń, które okazały się fałszywe. Pomyliliśmy się w określeniu swojego położenia na mapie o około kilometr. Trzeci punkt nosił nazwę “styk gęstych granic kultur”. Co gorsza, znaleźliśmy miejsce, które pasowało do tego opisu, ale niestety nie było to otoczenie punktu. Chodziliśmy po czymś między pustynią, a stepem. Zaraz obok był gęsty las. Granica kultur jak nic. Musicie przyznać, że pasowało. I błąkaliśmy się po tej pustyni, grubo ponad godzinę. W międzyczasie zdążyliśmy porządnie zgłodnieć i przemoczyć całkowicie buty (sporo rosy). Punktu nie było, a wraz z upływającymi minutami wzrastała nasza frustracja. Pod koniec znaliśmy ten skrawek terenu lepiej, niż Wy znacie drogę do swojej lodówki. Nagle coś mnie oświeciło. Na mapie nasz punkt był na tle zielonym. Zielony oznacza zazwyczaj las. A my chodzimy po pustyni. Czy jakikolwiek kartograf oznaczyłby pustynię kolorem zielonym? Raczej nie. Podzieliłem się myślą z towarzyszami. I rzeczywiście, około 1 km od naszego punktu, był skrawek terenu w kolorze białym. Rozkład dróg pasował do miejsca gdzie byliśmy. Była to cenna lekcja. Mapa jest naprawdę najważniejsza. Bez kompasu można sobie poradzić, ale bez mapy już nie. Należy zwracać uwagę na wszelkie, nawet najdrobniejsze szczegóły. Ponownie wyznaczyliśmy swoją pozycję (tym razem w miarę prawidłowo), i zaczęliśmy relokację do właściwego miejsca. Celem okazała się szkółka leśna. Byliśmy już bardzo blisko, jednak wciąż nie mogliśmy znaleźć punktu. W międzyczasie pojawiło się sporo innych uczestników rajdu, również szukających “gęstej granicy kultur”. Spędziliśmy tam dobrą godzinę. Rozdzieliliśmy się i szukaliśmy. To był chyba najtrudniejszy moment rajdu. W nasze umysły zaczęło wkradać się zwątpienie. Jeśli tego punktu szukamy już ponad 2 godzin, jaką mamy gwarancję, że pozostałe nie zajmą nam też tyle czasu? Myśleliśmy nawet, że być może nie uda nam się wcale ukończyć tych zawodów. Uwierzcie, chodzenie w kółko po tym samym terenie, bez żadnego rezultatu, działa bardzo deprymująco. Na szczęście w końcu się udało. Punkt znalazł Mariusz. Trochę z lżejszym sercem rzuciliśmy się do odrabiania strat.

 

20150926_081551
Bunkrów nie ma… ale są konie!

Jak strzała do celu

Po trzecim punkcie mieliśmy 16,5 km i 3:10 h za sobą. No nie najlepiej heh :) Mieliśmy poważne wątpliwości czy zmieścimy się w czasie. 4 punkt był w sporej odległości od 3. Tym lepiej dla nas. Nasze owcze nóżki zaniosły nas szybko do celu. Tym razem obyło się bez zbędnego błądzenia, punkt był zaraz przy drodze. Co ciekawe, chwile przed nami zameldowali się piechurzy. No fajnie człowiek trenuje, stara się, biega, a i tak jest wolniejszy niż piechur :) No nic, lecieliśmy dalej. Znów dobry odcinek biegowy, prosta leśna droga. Łącznie 5 km do punktu #5. Co ciekawe w tym momencie Garmin wypikał 25 km. Mieliśmy wątpliwości czy możemy dalej biec – zapłaciliśmy w końcu tylko za 25 km :) . Zacząłem odczuwać też trudy tych “Trudów”, nogi stawały się coraz cięższe – wychodzi ostatni niedobór objętości treningowej. Dotarliśmy nad Jezioro Barlineckie. Punkt nazywał się “skraj lasu” – znajdował się na stromym zboczu. Mariusz z Asią szli drogą przy jeziorze, ja natomiast przedzierałem się wzdłuż zbocza. Był to przełomowy moment pod kilkoma względami. Udało mi się znaleźć punkt samemu i to w pełni świadomie. Poprzednie znajdowaliśmy czasem przypadkiem lub z pomocą innych. Tutaj wykorzystałem informacje płynące z mapy – rozkład poziomic i dróg. Czułem ten punkt, wiedziałem że już za moment go znajdę. Był to przełom również dlatego, że zostawił nas Mariusz. Miał czas tylko do 13:00 – miał nadzieję że do tej godziny uda mu się zakończyć całe zawody – spieszył się na ślub (chyba nie własny choć nie mówił :) ). Udzielił nam kilku wskazówek odnośnie kolejnego celu – znał te tereny z wycieczek rowerowych. Fajnie że udało nam się pokonać pierwsze punkty wspólnie, w grupie raźniej. Pożegnaliśmy się i pobiegliśmy w przeciwnych kierunkach.

20150926_110318
Mamy cię!

“Powalone drzewo”, czyli kolejny punkt udało się znaleźć również dość szybko. Ścieżka do niego prowadząca, wiła się wzdłuż jeziora – ciężko było zabłądzić. U samego celu spotkaliśmy następnych zawodników. Dowiedziałem się od nich, że lokalizacja jest właściwa, zachowali się bardzo koleżeńsko. Znalazłem punkt, ale w międzyczasie zgubiłem Asię :) Po paru pokrzykiwaniach zguba się znalazła, “odbiliśmy” się i jazda dalej. W tym momencie zapaliła mi się w głowie lampka o nazwie “rywalizacja”. Zacząłem cisnąć mocniej tempo. Asia trzymała się bardzo dobrze, mimo bólu w pachwinie. Często zadziwia mnie, ile ta dziewczyna jest w stanie wytrzymać. Dogoniliśmy niedawno widzianych zawodników. Nawigowali z pewnością lepiej w pierwszym etapie rajdu. W konsekwencji czego, w połowie trasy znaleźliśmy się w tym samym czasie, mimo że my biegliśmy, a oni szli. Kto nie ma w głowie ten ma w nogach, a my w nogach mieliśmy i to sporo – już ponad 30 km. Kolejny punkt znalazłem praktycznie bezbłędnie. Kierowałem się swego rodzaju instynktem. Byłem niczym pies myśliwski na tropie, czułem te punkty. Wychodząc na ścieżkę, doszli nas piechurzy, odwdzięczyłem się im informacją o lokalizacji czytnika i szybko ruszyliśmy dalej. Od tego momentu, nasza przewaga nad nimi musiała się zwiększać.

Kolejne punkty odhaczaliśmy równie błyskawicznie co poprzednie. Ja czułem się coraz pewniej z mapą i kompasem. Zmieniliśmy też nieco taktykę. Wybiegałem naprzód, sprawdzałem mapę i wytyczałem drogę. Czekałem na Asię i biegliśmy dalej. Często zdarzało się, że wiedziałem gdzie jest punkt, zanim Asia do mnie dobiegła. W czasie gdy ona się meldowała, ja ustalałem lokalizację następnego. Dzięki skupieniu się na nawigacji i znajdowaniu punktów, nie czułem w ogóle odległości. Kolejne kilometry mijały jeden za drugim. Czasem nawet nie spoglądałem na Garmina, gdy ten sygnalizował ukończenie kolejnego 1000 metrowego odcinka. Wyobrażacie to sobie? Biegacz nie reagujący na piski Garmina.

Punkty powoli zaczęły kierować nas w stronę bazy zawodów – naszej mety. Mieliśmy do pokonania spory odcinek biegowy. Na tym etapie, poruszanie się było już dość uciążliwe. Ból pojawiał się w coraz większej ilości mięśni. Pojawiły się nawet halucynacje – myśleliśmy,  że dogania nas jakiś zawodnik. Okazało się, że to starszy pan, który urządził sobie wycieczkę na rowerze po lesie. Bezpretensjonalnie nas wyprzedził i odjechał w siną dal. Zaliczyliśmy przedostatni, 11 punkt pod samym Barlinkiem, zostało około 2 km do mety. Leśne ścieżyny zamieniły się na asfalt, a drzewa na budynki. Wreszcie, cel naszej wyprawy – gimnazjum przy ulicy Leśnej. Zameldowaliśmy się na mecie, mając w nogach trochę ponad 42 km.

Epilog

Jak się okazało zajęliśmy 2 i 3 miejsce OPEN. Co prawda było tylko 10-ciu zawodników, ale i tak byliśmy z siebie dumni. Niestety na dekoracji nie było zwycięzcy, ale organizatorzy zadbali abyśmy poczuli się odpowiednio docenieni. Ostatecznie zostaliśmy sklasyfikowani na 2 miejscu ex aequo – zapewne liczył się czas w dokładności co do minuty. Udało się zgarnąć dość ciekawe statuetki oraz buffki. Asia zajęła również 1 miejsce w kategorii OPEN kobiet. Powyższe rezultaty to więcej niż mogliśmy oczekiwać.

20150926_183739
I żyli długo i szczęśliwie.

Organizacja rajdu stała na bardzo wysokim poziomie. Po biegu były pączki i woda, a także posiłek. Zawody były przeprowadzone szybko i sprawnie – od razu po dotarciu do mety można było poznać swój wynik w relacji do pozostałych uczestników, a także dowiedzieć się czy prawidłowo odbiło się wszystkie punkty. Pewnie wynikało to częściowo ze skali, była to dość kameralna impreza. Jak się przekonaliśmy już nie pierwszy raz, takie zawody mają swój niepowtarzalny klimat, a często poziomem nagród przebijają “masówki”.

Pewnie jesteście ciekawi jak poradziła sobie ekipa podejmująca wyzwanie trasy 50 km. Udało im się zdobyć wszystkie punkty. Co prawda nie zmieścili się w limicie czasowy, ale jak powszechnie wiadomo limity są dla słabych :) Zrobili łącznie coś między 70 a 80 km, a prawie połowę punktów odnaleźli po ciemku (tym większy szacun). W bazię zameldowali się po 16,5 godzinach, wielkie gratulacje!

Jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczony tą imprezą. Nie wiedziałem czego się spodziewać, podszedłem do tego dość luźno. Okazało się być ciężej niż myślałem, ale tym większa była satysfakcja z ukończenia. Te zawody dały mi też pewien zastrzyk motywacji, a ostatnio nie było z tym najlepiej. Udało się zrobić dobry trening, a także dobrze się bawić – to w tym wszystkim chodzi. Z czystym sumieniem mogę polecić “Trudy”, a także samą formułę biegu na orientację, wszystkim biegaczom szukającym nowych wyzwań.

Poniżej kilka słów komentarza od Asi:

Hmm co tu dużo mówić. Mapy nie ogarniam, próby nawigacji kończyły się na tym, że pomyliłam stronę lewą z prawą. Na biegu robiłam za fotografa, przypominałam Damianowi, aby pił wodę i zabezpieczając tyły, grzecznie biegłam/maszerowałam (nawet nie marudziłam!). Niemniej jednak, formuła i idea rajdów spodobała mi się. Podszkolę się trochę i może za jakiś czas, już w pełni świadomie, wezmę udział w kolejnym rajdzie :)

Odnośniki