Ultra i ja?

Sierpień 2014. Damian wraca ze swojego pierwszego ultra, Chudego Wawrzyńca. Nieco obolały ale szczęśliwy, opowiada o biegu. Podczas tych rozmów po raz pierwszy pojawia się myśl: może ja też spróbuję? Hmmm ja i ultra? Ponad 50 km i to na dodatek w górach? Damian namawiał, zapewniał, że pobiegniemy razem…

Złowroga zima

Tak minęło kilka miesięcy. W lutym zapisaliśmy się na bieg, gruby hajs poszedł na wpisowe. W między czasie uświadomiłam sobie, że ja w zasadzie nie potrafię, a co najgorsze, boję się zbiegać… No cóż, raz się żyję! 8 sierpnia miałam zostać ultrasem…ehh jak to dumnie brzmi 🙂

Pech chciał, że najbliższe tygodnie stały się dla mnie jakąś biegową męczarnią. Kontuzji nie miałam, nic mnie nie bolało. Brakowało “tylko” mocy. Podejrzewam, że organizm ostatnimi siłami wołał o regenerację. Od kilku lat mojego “biegowego życia” nie odpoczywałam dłużej niż 5-6 dni. Zatem zima i wiosna minęła bez większego spinania się. Biegałam ale bez nacisku na jakiś konkretny kilometraż a tym bardziej tempo. Choć nie powiem, wkurzałam się strasznie, że nie dawałam rady przebiec 5 km tempem jakim do niedawna ze spokojem leciałam połówkę. Wiosną kilka startów, każdy z wynikiem o którym wolałam czym prędzej zapomnieć. Także prognozy na Chudego były kiepskie.

Jak feniks z popiołów

Dość konkretnie obrażona na bieganie, z wielką radością rozpoczęłam sezon rowerowy. Wtedy nastąpił przełom. Energia powracała do mnie z każdym rowerowym kilometrem. Głowa odpoczęła, zaczęła zapominać troszkę o bieganiu…no i w końcu zatęskniła! Wawrzyniec zbliżał się wielkimi krokami. Na miesiąc przed zaplanowaliśmy z Damianem krótki wypad w góry, do Karpacza. To miał być mały test, pobiegamy sobie 3 dni po górach, zrobimy jedną dłuższą wycieczkę biegową, 30, może 35 km. Wyszło 50 🙂 Wtedy wszystko zagrało idealnie- temperatura powietrza, jedzenie, picie, samopoczucie. Także już nieco bardziej spokojna oczekiwałam Chudego.

Przygodę czas rozpocząć

W czwartek z samego rana ruszyliśmy w stronę Rajczy. Czekała nas długa, 9 godzinna podróż, tym bardziej męcząca, iż od kilku ostatnich dni towarzyszyły nam spore upały. Dlatego też planowaliśmy cały następny dzień przeznaczyć na relaks. Kąpiele w chłodnej Sole były idealne. W piątek również odebraliśmy pakiety startowe. Pakiety jak pakiety-wiadomo. Fajnym elementem były opaski kompresyjne Inov-8 przygotowane dla każdego zawodnika, z okazjonalnym nadrukiem. Kupiliśmy również koszulki z logo Chudego Wawrzyńca. To tak, aby móc nieco połechtać swoje ego podczas spaceru ulicami Poznania we wspomnianej koszulce 🙂 No nic, godzina 22.00: ząbki, paciorek, siusiu i spać. Pobudka 2.30.

Co ja biegam?

Czy mieliśmy jakiś plan na bieg, założenia czasowe? Trudno chyba cokolwiek planować podczas debiutanckiego startu w górach na dystansie 53 km. Gdzieś tam w rozmowach z Damianem wspominaliśmy o 10 godzinach, potem celowaliśmy bliżej 9. Przed samym startem, już pewnie pod wpływem adrenaliny, padł szalony dla mnie pomysł 8 godzin. Tak jak napisałam wyżej, byłam całkowicie zielona w temacie. Damian miał taką przewagę, że trasę znał, biegł nią w zeszłym roku, także mniej więcej wiedział czego możemy się spodziewać. W 2014 roku ukończył Chudego w czasie 7 godzin i 2 minut. Chcieliśmy tylko, w miarę możliwości, wykorzystać poranek oraz brak mocnego słońca. Dobrze byłoby, abyśmy do około godziny 10.00 mieli jak najwięcej kilometrów za sobą, jednocześnie oczywiście zostawiając siły na potem. Co warto dodać, od samego początku zakładałam, że będę biegła bez włączonego GPS. Miałam tylko zegarek. Tempo i dystans kontrolował Damian. Po pierwsze mój pewnie rozładowałby się gdzieś w okolicy 7 godziny. Po drugie,stwierdziłam, że wolę nie widzieć wskazań tempa podejść, że nie chce spinać się czasem w którym pokonaliśmy każdy km.

Running up that hill

Start zaplanowany był o 4 nad ranem. W związku z wcześniej wspomnianymi upałami, godzina idealna. Jak się potem okazało, temperatura nie była, aż tak piekielna jak się spodziewaliśmy. W najgorszym dla nas momencie około 30 stopni, dało się przeżyć.

Początek biegu był dość mocny. 6 km prowadziło ulicami Rajczy także można było bez problemu  lecieć po około 5:30/km. Damian nadał żwawe tempo, trzymaliśmy je dobre 25 km (zrobiliśmy je w około 3,5 godziny). W tym czasie zdążyłam sporo poprzeklinać, że za szybko, że nie dam rady itd.Pierwszy i w zasadzie największy dla mnie kryzys pojawił się dokładnie między 26 a 27 km. Podejście na Wielką Raczę. Nie wiem co się dokładnie stało. Nic mnie nie bolało, może oprócz lewej pachwiny, która podczas dłuższego wysiłku zaczyna dawać o sobie znać. Myślę, że trochę psychicznie upadłam na tym podejściu, przerażało mnie, że jeszcze tyle kilometrów przed nami. Heh, trzeba było słuchać Mamy, która mówiła, że ten ultra to kawał drogi. Poza tym strasznie chciało mi się napić czegoś słodkiego. Na szczycie Wielkiej Raczy znajdowało się schronisko i myśl, że zakupimy tam jakiś sok czy colę, utrzymywała mnie przy życiu. Niestety nie przewidziałam, że na podobny pomysł wpadnie nieco więcej osób. Co za tym idzie w schronisku straciliśmy jakieś 15 minut na zakup soków. Damian oczywiście jak zobaczył piękną kolejkę od razu mówił, aby dać sobie spokój, no ale ja się uparłam. Z perspektywy czasu trochę żałuję, trzeba było spiąć 4 litery i lecieć dalej. No ale można gdybać, może akurat te kilka łyków, ta chwila przerwy dała siłę na resztę trasy. W każdym razie ruszyliśmy dalej. Następny postój tj. oficjalny przepak, w Przełęczy Przegibek.

Żarełko

W międzyczasie spotkała nas mała niespodzianka. Znajomemu, który biegł z nami, pękł bukłak. Chłopaki jednak dzielnie dali sobie radę i przelali część wody w butelki.

Mieliśmy już w nogach grubo ponad 30 km a z plecaków jakoś nie ubywało przekąsek. Po testach w Karpaczu wiedziałam, że mój żołądek dobrze przyjmuje i trawi batoniki muesli z Lidla, kabanosy oraz mleczko w tubce. Na Wawrzyńca miałam zatem przygotowany zestaw: 5 batoników, 3 kabanosy, mleczko w tubce oraz awaryjnie żel. Niestety przez upał apetyt był zerowy. Wcisnęłam w siebie tylko 1 batona, pół kabanosa i pół tubki mleczka. Trochę mało, ale energii mi nie brakowało. Czułam tylko, że co chwilę mi się odbija i zastanawiałam się kiedy będę musiała zboczyć z trasy w krzaki 🙂

Wspomniany przepak znajdował się na 38 km. Ile tam było pyszności: arbuzy, brzoskwinie, winogrona, orzechy, drożdżówki, śliwki, żele, batony, izotoniki, woda… Kto na co miał ochotę. Ja rzuciłam się na arbuza i brzoskwinie. W międzyczasie dokarmiałam Damiana, który sprawnie napełniał nasze bukłaki wodą. I można lecieć dalej. Najbliższe kilometry mijały szybko i bez żadnych specjalnych problemów. Cały czas tylko żołądek nie chciał pracować. Do tego chyba jednak za dużo zjadłam tego arbuza 🙂

Daleko jeszcze?

Gdzieś tam po drodze pojawił się ten magiczny, maratoński 42 km. Do mety nieco ponad 10 km, wydawać by się mogło, że teraz to już będzie tylko z górki… Owszem, miało być. Jednak wcześniej musieliśmy zmierzyć się z Muńcołem. Takie niepozorne podejście na wysokość 1165 m n.p.m. dało porządnie w kość. Motywując się już wzajemnie z Damianem, napieraliśmy do przodu. Na sam koniec ciągnący się około 3-4 km zbieg. Niby fajnie ale po 8 godzinach w trasie każdy krok stawiany już był z mniejszą pewnością, potknięcia o kamienie bolały ze zdwojoną siłą. Pomimo tego w głowie krążyła tylko jedna myśl – byle do mety. Biegniemy. W oddali już widać Ujsoły, wbiegamy na asfalt, przed nami ostatnie 500 m. Uwielbiam to uczucie kiedy wiem, że już nikt i nic nie jest w stanie odebrać mi tych wymęczonych kilometrów. Od zwycięstwa dzielą mnie sekundy. Jeszcze tylko lekki zakręt w lewo, w tle słynny mostek, a tuż za nim upragniona META!

Chudy Wawrzyniec – kilka faktów

Była to już 3 edycja imprezy. Bieg organizowany jest m.in. przez Magdę oraz Krzysztofa Dołęgowskich, autorów popularnej ostatnio pozycji “Szczęśliwi biegają ultra”. Rozgrywany jest na dwóch dystansach: 80+ km oraz 50+ km, wiodąc uczestników urokliwymi szlakami Beskidu Żywieckiego. Decyzję o wyborze trasy można podjąć w trakcie biegu – rozejście znajduje się około 40 km. Start zlokalizowany jest w Rajczy, meta w Ujsołach. Łączna suma podejść na dystansie dłuższym to 3400 metrów, na krótszym około 2500.W tym roku zwycięzcą trasy 50+ został Gediminas Grinius (04:32), wśród kobiet Martyna Kantor (05:57). Na trasa 80+ triumfował Piotr Bętkowskiego (08:59) oraz Ewa Majer (09:14).

Co do samej organizacji biegu. Biuro zawodów działało sprawnie. Organizator zapewniał 2 darmowe noclegi w pobliskich szkołach. W dniu biegu między Rajczą (start) a Ujsołami (meta), jeździł bus, który przewodził biegaczy. Jednym z minusów był tylko 1 punkt odżywczy (przepak). Podczas startu przy tak wysokiej temperaturze mógł zostać ustawiony jeszcze jeden punkt, choćby z samą wodą. Niemniej jednak przepak zaopatrzony był idealnie. Jak już napisałam wyżej, mnóstwo owoców, ciasta, batony. Na mecie na każdego zawodnika czekało piwo, posiłek, do wyboru, z mięsem lub wegetariański. I pyszne arbuzy! 🙂

Aaaaa zrobiłam to!!

Oficjalny czas na mecie: 08:37:32, miejsce open 328/573, wśród kobiet 37/95. Może to będzie mało skromne, ale jestem z siebie zadowolona 🙂

Czy mogło być lepiej, czy mogłam przygotować się solidniej? Oczywiście, że tak! Tak serio to moje przygotowania były kiepskie. Kilometraż biegowy ostatnich miesięcy nie wskazywał na to, że za chwilę mam startować na 50 km. Maj 113 km, czerwiec 135 oraz lipiec 190 km. Trochę wstyd jak patrze na te liczby. Nie wiem co mi pomogło, może to, że “swoje w nogach” już miałam? Nie wstałam prosto z kanapy i nie pobiegłam. Po drugie, obok biegania, jest kilkaset km roweru miesięcznie. Zakwasy były dla mnie łaskawe, 3 dni i byłam jak nowo narodzona. Jedyny trwalszy uszczerbek to przewidywalna strata paznokcia u stopy.To był mój pierwszy i na pewno nie ostatni ultra. Przez przeszło 3 lata startowałam w zasadzie tylko w biegach ulicznych. Należę do osób, które każdy taki start traktują jako możliwość pobicia własnego wyniku. Czyli tempo zawsze na 1 miejscu. I nie będę tego ukrywać, treningi mogę biegać dla zabawy, przyjemności, zawody – nie. Góry moim zdaniem są na tyle nieprzewidywalne, iż potrzeba sporo doświadczenia i pokory, by móc cokolwiek planować. To zupełnie inna bajka. Czy moja, życie pokaże.Dla takich chwil warto żyć!